Nas już do końca swojej kariery muzycznej będzie mierzył się z własną legendą. Bo Nas to hip-hop. A Illmatic to biblia tego gatunku. Na King’s Disease II dowodzi, że jest wielkim poetą hip-hopu.
Ktoś kiedyś porównał karierę Nasa w branży muzycznej do Martina Scorsese w filmie. I rzeczywiście, trudno nie dostrzegać pewnych paraleli. Obaj stworzyli w swoim życiu dzieła wybitne. Początkowo niedocenieni przez kapituły wręczające najróżniejsze nagrody, stali się postaciami kultowymi dla odbiorców na całym świecie. I to wszystko po to, by kilkadziesiąt lat po największych sukcesach otrzymać w końcu nagrodę, potwierdzającą ich status, za dzieło, które trudno uznać za opus magnum. Nas dostał Grammy za King’s Disease, a powinien za Illmatic. Scorsese dostał Oscara za Infiltrację, a powinien za Taksówkarza lub choćby Chłopców z ferajny. I jakkolwiek upraszczająca to konstatacja, to jednak pokazuje, jak los bywa przewrotny, zwłaszcza w branżach artystycznych.

Nas ma pełną świadomosć tego, jak ikoniczną postacią stał się dla hip-hopu. Opowiada o tym w The Pressure, utworze otwierającym płytę.
The pressure weigh a ton, it’s gettin too heavy
Had to inspire them again like I didn’t already
Real ones still around, release the confetti
God’s Son across the belly
Brzmi jak mickiewiczowski manifest bohatera romantycznego, stojącego na górze i zbawiającego świat. Nas Chrystusem hip-hopu. Tak widzi samego siebie, ale nic w tym dziwnego, bo nie brakuje osób z branży, które właśnie tak go postrzegają. Nas ma być tym, który zarysuje szerszą perspektywę, ma mówić, jak jest. I jak było, bo w Death Row East wraca do wydarzeń z połowy lat 90. kiedy Death Row Records i artyści wydający w tej wytwórni stanowili wielką kulturową siłę i zachodnią przeciwwagę dla twórców z Wschodniego Wybrzeża. Inwazja gangsta rapu połączona z agresywną taktyką biznesową doprowadziła do wojny między Wschodem a Zachodem, której największymi ofiarami stali się sami raperzy – 2Pac i Notorius B.I.G. Death Row East to spojrzenie Nasira na ten okres w rozwoju rapsów.
Wielką zaletą King’s Disease II jest produkcja Hit-Boya. Potrafi robić ciekawe i nowoczesne brzmienia, ciepłe beaty, które dobrze zazębiają się z flow Nasa, będącego w bardzo wysokiej formie lirycznej. Muzyki Hit-Boya i głosu Nasa słucha się po prostu bardzo dobrze. Nawiązują do estetyki hip-hopu Wschodniego Wybrzeża z początku lat 90. ale z odpowiednim unowocześnieniem, które nie jest przesadzone. Obaj złapali idealną równowagę między tradycjonalizmem a nowoczesnością. Słychać to bardzo wyraźnie w 40 Side czy singlowym Rare, które w pierwszej części zachwyca ciepłym beatem, by w drugiej części szybkim przejściem przerodzić się w gangsta kawałek. Ciekawe rozwiązanie.
Są jednak momenty, w których Nas chciałby zejść z hip-hopowego Olimpu i być normalsem. Słyszymy o tym, w kawałku Nobody, nagranym wspólnie z Lauryn Hill, która zdaje się być idealną artystką do takiej tematyki. Oboje brzmią tutaj świetnie, rapują o bardzo istotnych rzeczach z duża przenikliwością i błyskotliwością. Warto również zwrócić uwagę na utwór No Phony Love o bardzo rythm&blues’owym zabarwieniu z gościnnym udziałem Charliego Wilsona z The Gap Band, który dodaje temu albumowi kolorytu.
Jakie jest King’s Disease II? Choroba królów nie dopadła Nasa. To bardzo dobry album. Jest nowoczesny beat, dobra produkcja w wykonaniu Hit-Boya, ciekawe (jak zwykle) teksty Nasira. Przed premierą obawiałem się nieco tego, czym ta druga część będzie w porównaniu do nagrodzonej Grammy King’s Disease. Czy to będą odpady, które nie zmieściły się na pierwszej? A może kontynuacja w tej samej stylistyce, co zwykle nie przynosi nic dobrego, zwłaszcza w tak krótkim odstępie czasowym? King’s Disease II jest na szczęście czymś innym, to osobny album, który porusza tę samą tematykę, ale w nieco inny, bardziej bezpośredni sposób. Nas jest tu bardziej prostolinijny i bardzo zaangażowany, tekstowo wspinając się na wyżyny. Uff, kamień z serca, że tak dobrze wyszło.


