Chet Faker – Built on Glass (2014), recenzja Zuzanny Janickiej

Nicholas James Murphy, ukrywający się pod pseudonimem Chet Faker, to pochodzący z Australii wokalista i muzyk. Czemu występuje pod takim a nie innym nazwiskiem? Jeśli w wyrazie Faker zamienimy pierwszą literką na B otrzymamy Baker. Chet Baker był zaś jazzowym trębaczem. Nie trudno więc zgadnąć, że bohater dzisiejszej recenzji jest jego fanem. Mimo wszystko jazzu na Built on Glass za bardzo nie uświadczymy. Nicholas poszedł własną drogą i, chociaż jest mężczyzną urzekającym głosem i czarującym osobowością, nie widzę go ubranego w garnitur i wyśpiewującego utwory Cheta Bakera, tak jak ostatnio zrobił to Matt Dusk.

Chodziło mi o oddanie autentyczności brzmienia w warunkach w jakich powstawały utwory i ta autentyczność stanowi największą wartość mojego albumu – tak o swoim debiutanckim longplay’u mówi Australijczyk. Nie nagrywał w profesjonalnym studiu pełnym najróżniejszych bajerów, ale w wynajętym pokoju na ich znacznie tańszych odpowiednikach. Słuchając Built on Glass ma się jednak ochotę powiedzieć, że nie liczy się sposób, ale efekt. A ten jest produktem z górnej półki.

Zanim Chet Faker zaprezentował nam swój krążek, posłuchać mogliśmy jego świetnie przyjętej epki Thinking in Textures. Gorąco polecam wam ten minialbum i chwalę Cheta za to, że na Built on Glass nie zaserwował nam odgrzewanych kotletów z wydanej dwa lata temu epki, ale faktycznie podzielił się nowymi kawałkami, co sprawiło, że na jego płytę czekało się z jeszcze większą niecierpliwością. Jak możemy określić muzykę Fakera? Ja bym skłaniała się ku stwierdzeniu, że jest to wysmakowana elektronika wzbogacona wpływami soulu, r&b czy jazzu. Chet nie tworzy muzyki do tańca. Prędzej oczaruje słuchacza, który z parkietu zejdzie i będzie miał ochotę na chillout przy dobrych dźwiękach. Myślę, że artysta świetnie dogadałby się z brytyjską wokalistką Jessie Ware, której mieszanka elektroniki i soulu na płycie Devotion zachwyciła melomanów. Taki duet z pewnością zrobiłby furorę.

Album Built on Glass otwiera piosenka Release Your Problems. Zaczyna się zaskakująco. Dźwięki pianina sprawiają, że mam wrażenie, że przez przypadek włączyłam jakiś nieznany mi album Alicii Keys. Na szczęście dalej piosenka nieco się rozkręca i w efekcie otrzymujemy zapadającą w pamięć kompozycję utrzymaną w średnim tempie. Świetnie prezentuje się następujący po tym dość krótkim wstępie Talk Is Cheap, w którym ja, przez dźwięki w tle jakby imitujące saksofon, dostrzegam inspiracje muzyką jazzową. Podoba mi się efekt, jaki Chet zastosował w tym kawałku – są momenty, w których słuchacz ma wrażenie, że na raz śpiewa kilku wokalistów. Podobne wrażenie mam, gdy słucham niezwykle krótkiego, wyciszonego No Advice (Airport Version). Piosenka ta jest dobrym wstępem do żywszego Melt, które należy do mojej ścisłej czołówki z Built on Glass. Bardzo dobrym pomysłem było zaproszenie do nagrania tego utworu wokalistki Kilo Kish, która swoim, nazwijmy to, rapośpiewem wnosi do Melt pewną delikatność i zmysłowość.

Warto zwrócić uwagę na lekką, ale nie banalną kompozycję Gold, która wyróżnia się klaskanym rytmem oraz świetnie zaśpiewanymi partiami, których barwa i pewna nonszalancja w głosie Fakera przypomina mi postać innego wokalisty – Finka. Mniej swoim wokalem Chet zachwycił mnie w spokojniejszym To Me, w którym, podobnie jak w Talk Is Cheap, usłyszeć możemy wpływy jazzu.

Mówione, dwudziestosekundowe / wprowadza nas w świat bardziej elektronicznych piosenek. Dobrze słychać to już w Blush. Chociaż na początku nie przekonywał mnie przerobiony komputerowo wokal Cheta, świetnie zgrał się on z całą kompozycją. Ją samą zaś możemy podzielić na dwie części – najprościej mówiąc na taneczną i wyciszającą. A to wszystko w niecałe pięć minut. Następującego po Blush utworu 1998 przedstawiać chyba nie trzeba. Niech nie zwiedzie was ten tytuł. Chet nie cofa się w czasie do lat 90., ale prezentuje nam to, co w erze komputerów i elektroniki najlepsze. Hipnotyzujący, szybko wpadający w ucho kawałek, który dobrze sprawdziłby się na klubowych parkietach. Mały mix i mamy hit. Nie tak żywiołowo jest w Cigarettes & Loneliness, w którym, gdy Chet dochodzi do głosu, kojarzy mi się ze swobodnie i nieco niedbale śpiewającymi panami z belgijskiej indie rockowej grupy Balthazar. Piosenka ma jeden minus – trwa zdecydowanie za długo.

Cigarettes & Loneliness kończy trzy częściowy, bujający set. Dwie ostatnie piosenki na Built on Glass to powrót do bardziej klasycznych brzmień. Lesson In Patience jest ładną mieszanką elektroniki i jazzu, w której na pierwszy plan wysuwa się melodia. Chet jedynie nuci coś pod nosem, dając mi dobrą lekcję cierpliwości. Jego wokal w końcu uzależnia. Artysta do śpiewania powraca w zamykającym album kawałku Dead Body, w którym połączył elektro z rhythm’and’bluesowym feelingiem, tworząc piosenkę, która pasowałaby do Franka Oceana.

Podsumowanie będzie krótkie, bo zamiast tracić czas na zastanawianie się, jak ładnie zestawić ze sobą słowa, wolę założyć na uszy słuchawki i przenieść się do lepszego świata za sprawą magicznych dźwięków piosenek z albumu Built on Glass. Życzę Chetowi Fakerowi dalszych sukcesów i możliwości podążania wybraną przez siebie drogą. Do gwiazd i na największe sceny koncertowe świata.

Chet Faker - Built on Glass

Czytaj również