Rzut oka na okładkę. Zdjęcie Cher łudząco przypominające Anni-Frid Lyngstad i Agnethę Fältskog z kadru teledysku do utworu Mamma Mia w momencie, w którym pojawia się refren. To skojarzenie nie ma w sobie nic z przypadku. W piątek ukazał się długo wyczekiwany, pierwszy od pięciu lat album Cher z kompozycjami ABBY.
„Cher, zagrasz w drugiej części Mamma Mia!”. Tyle wystarczyło, by ABBA na nowo pojawiła się w życiu Cher. Tym razem nie w roli formacji, która początkowo nie cieszyła się szczególnym uwielbieniem artystki (co innego jej matki, Georgii, która przepadała za muzyką szwedzkiej grupy), a w postaci… inspiracji. O nowej płycie Cher mówiło się już od dawna. Przez długi czas nieznane były data premiery, tytuł, ani nawet to, co znajdzie się na albumie czy kto będzie nad nim pracował. Do momentu pojawienia się Cher w sequelu musicalu z 2008 roku, do którego nagrała Fernando i Super Trouper. Tu pojawiła się koncepcja albumu w całości wypełnionego utworami z repertuaru ABBY. Dwudzieste szóste wydawnictwo fonograficzne w dorobku Cher, od kilku dni już znane jako Dancing Queen, to też pierwsza od czasu wydanego w 1995 roku albumu It’s a Man’s World płyta w całości wypełniona coverami.
Jak pokaże dalsza część tej recenzji, nie bez powodu pewnym punktem odniesienia będzie tu wydany w październiku 1998 roku album Believe. Nazwisko Marka Taylora, który po raz pierwszy współpracował z Cher właśnie przy tej płycie (i który jest współodpowiedzialny za zastosowanie w tytułowym singlu auto-tune’a), a który jest producentem również albumu Dancing Queen, po części sugerowało kształt nowej płyty artystki. Mocno elektroniczne, popowe brzmienie jest tym, czego należało się spodziewać. Potwierdza to chociażby pierwszy singiel promujący album – Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight). Energiczne kompozycje doskonale współgrają tu z utworami, w których tej dynamiki mniej jak doskonale zaaranżowane The Name of The Game. Z kolei w Mamma Mia pojawia się również znany już z Believe auto-tune. Dancing Queen zamyka niezwykle emocjonalna interpretacja utworu One of Us – trudno o lepszą puentę.
Chyba nie ma innej artystki, która podałaby złamane serce w tak śmiałej i szlachetnej zarazem formie – przetrwam. Ona to zna, ale jakby lepiej niż ktokolwiek inny. To właśnie smutek czy rozczarowanie towarzyszą twórczości Cher od momentu wydania w 1966 roku jednego z jej pierwszych singli, czyli Bang Bang (My Baby Shot Me Down). To właśnie ta doza smutku, przeszywający ból i niepowstrzymana siła, które wybrzmiewają zarówno z wykonywanych przez nią kompozycji, jak i z jej wciąż doskonałego głosu sprawiają, że i Believe wtedy, i Dancing Queen dziś, są czymś więcej niż tylko kolejnymi albumami z muzyką pop. Te same uczucia, mimo swojej popowej, mocno elektronicznej oprawy, w przeważającej mierze wypełniają Dancing Queen. Nie sposób nie zauważyć też, że każdą ze znajdujących się na płycie kompozycji Cher potraktowała w niezwykle osobisty sposób. Spośród wydanych w latach 1974-1981 utworów ABBY na nowym albumie Cher znalazły się przede wszystkim te, które składają się z przeróżnych odcieni smutku – wystarczy wspomnieć The Winner Takes It All, One of Us czy Chiquitita.
Kawał historii, która nie chce przejść do historii, dopisując przy tym wcale nienajgorsze kolejne rozdziały. Dancing Queen jest kolejnym naprawdę udanym wcieleniem Cher. To właśnie ta swoboda w poruszaniu się między gatunkami pozwalała jej przetrwać kolejne dekady ze znakomitymi rezultatami. 2 grudnia Cher zostanie odznaczona prestiżową nagrodą Kennedy Center Honors, dołączając tym samym do grona najwybitniejszych muzyków jak chociażby Carole King, Paula Simona czy Arethy Franklin, ale czy kogoś to dziwi?
