Chemia – Let Me (2015), recenzja Michała Szuma

Od zachwytu, przez zwątpienie, do znudzenia. Tak opisałbym swoją drogę z płytą Let Me, która jest dość dziwnym tworem. Z jednej strony potrafi człowieka zauroczyć, aby następnie dać mu w twarz i powiedzieć „Sorry Winnetou – gdzieś mnie już słyszałeś”. A miało być tak pięknie…

Pierwszy odsłuch najnowszego albumu grupy Chemia naprawdę wypadł w moich uszach niezwykle obiecująco. Fakt – momentami wiało nudą, ale mimo wszystko na pierwszy rzut oka (czy bardziej ucha) wszystko wydawało się okej. E tam okej – po ostatnim numerze pomyślałem sobie „Wow! Ale petarda!”. Jednak wtedy nadciągnął ten drugi wilk, który dopomniał się o strawę. Oczywiście był to ten gorszy, który swym skowytem wypłoszył w mig tego dobrego. Zastanawiam się jednak, czemu tak właściwie wybrałem ostatecznie tego złego?

Odpowiedź jest prosta: nie lubię rzeczy, które już słyszałem. A takie uczucie przeszło mnie w trakcie rozbierania Let Me na części pierwsze. Wszystko ładnie i pięknie, ale jednak świeżość nie jest najmocniejszą stroną tej płyty. Skojarzenia co do konkretnych zespołów zachowam co prawda dla siebie, jednak powiem tylko, że brzmieniem kapela bardzo przypomina mi to, co działo się w zeszłej dekadzie i jeszcze trochę wcześniej. Żadnych nowych patentów, żadnych odkrywczych dźwięków, brak nowych efektów. Nic, co mogłoby wnieść cokolwiek na polski rynek. Ot – wielka neutralność.

Takie też odczucia towarzyszą mi w związku z wokalem, który jest bardzo płaski. Ba! On nie potrafi się momentami odpowiednio przebić przez gitary. I nie jest to kwestia produkcji, lecz bardziej odpowiedniego balansu tych składowych. Dodając do tego po raz kolejny wyraźne skojarzenia z twórczością innych oraz dość sztywny akcent angielski, nie otrzymujemy nic, co mogłoby nas zachwycić w majestatyczny sposób. A szkoda, bo być może niektóre z lepszych piosenek, poprzez wyrazisty wokal, mogłyby trochę zyskać na wartości.

Do tych bardziej pozytywnych akcentów krążka zaliczyć trzeba single. Nie są to może mistrzowskie produkcje, jednak na tle pozostałych wybijają się dosyć znacząco. Rozpoczynające płytę Fun Gun  jest jej dobrym zwiastunem, ale tylko do pewnego czasu, bo to, co się dzieje w refrenie, woła o pomstę do nieba. Takiego chaosu rytmicznego nie znoszę! Co prawda lubię zmianę tempa między fragmentami piosenki, ale w tym przypadku nie jest to tylko zmiana, a (kuchenna) rewolucja. Tempo ze zwrotki i pre-refrenu jest naprawdę super i aż prosi się, żeby je złamać w refrenie, ale nie w taki sposób. Cóż…

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi refren w She. Tutaj wyszło to naprawdę świetnie, bo zarówno prędkość piosenki, jak i chwytliwy refren się zgadzają, ale jest jedno ale: nie zgadza się… zwrotka. Co prawda tragedii nie ma, jednak bębny są dość mało czytelne i „ni w gruchę, ni w pietruchę”. Tak czy inaczej nie zmienia to faktu, że oba te single dosyć słabo reprezentując całą płytę, bowiem potem jest już tylko gorzej. Z każdym kolejnym numerem człowiek czuje się, jakby toczył się z równi pochyłej. A chyba nie o to chłopakom chodziło.

Na koniec kilka ogólnych słów refleksji. Głównym atutem tego krążka jest genialna produkcja. Muszę też przyznać, że sam pomysł dobrej i mocnej płyty nie był najgorszy. Mało mamy w ostatnim czasie dobrego, polskiego rocka w nieco mocniejszym wydaniu. Szkoda tylko, że primo: ten rock jest mocno stylizowany na wzór zachodni, a secundo: 100% albumu nagrane jest w języku angielskim. Wiem, że mogłoby to pomóc w przebiciu się na światowy rynek muzyczny, ale na początek proponuję jednak na dobre zagościć w polskich odtwarzaczach. Bo nie sądzę, że wiele osób ma w swojej playliście Chemię i słucha jej na co dzień.

Czytaj również