Chelsea Wolfe – Hiss Spun (2017), recenzja Zuzanny Janickiej

0
338

Pojawiła się w 2010 roku. Choć w przypadku Chelsea Wolfe lepiej by brzmiało: przyleciała na miotle z pewnej mroźnej krainy, w której panuje wieczna noc. Takie właśnie były jej pierwsze dwie płyty – The Grime and the Glow i Apokalypsis – nawiedzone, ociekające czarną magią. Stawiające pytanie, czy Wolfe nie jest przypadkiem wiedźmą. Swoje bardziej kobiece oblicze amerykańska wokalistka pokazała w lżejszym, zróżnicowanym Pain Is Beauty, by w końcu wpaść w sidła inspirowanych metalem melodii, którymi wypełniony był krążek Abyss z 2015 roku. Na najnowszym wydawnictwie Chelsea ani nie straszy, ani nie uwodzi. Staje się najzwyklejszym człowiekiem targanym wieloma wątpliwościami i zmagającym się samym sobą.

Zmagałam się z lękami i pogłębiającą się bezsennością.

Na takie wyznanie zdobyła się Wolfe w jednym z ostatnich wywiadów, dodając, iż ciągle stara się znaleźć sposób na odnalezienie wewnętrznego spokoju. Pomogło przelewanie myśli na papier i praca nad Hiss Spun, którą Chelsea określiła mianem osobistych egzorcyzmów, podczas których postanowiła rozprawić się z minionymi latami, zaglądając do ciemnych kart historii rodziny, wracając pamięcią do swoich relacji z innymi ludźmi czy w końcu rozmyślając nad własnymi zdrowotnymi problemami.

Oprócz wokalnego i muzycznego talentu Chelsea Wolfe posiada jeszcze jeden: umie tak dobrać piosenkę otwierającą album, by słuchacz od razu zatopił się w jego klimacie, nie tracąc czasu na powolne zanurzanie się w tym wykreowanym, mrocznym świecie. Takim wzorowym openerem w przypadku tej płyty jest Spun – złowieszcza piosenka, w której zmęczony, nieco senny głos artystki wybija się na pierwszy plan ponad ciężkie gitary. Instrumenty te świetnie budują kolejny kawałek, jakim jest 16 Psyche. W podobnym tonie utrzymane są takie kompozycje jak moje ulubione Twin Fawn (z niepokojącej kołysanki do konkretnego łojenia i z powrotem – żadna inna piosenka na Hiss Spun tak nie zaskakuje), pełne wokalnych smaczków Scrape oraz Static Hum. Warto dodać, że głos Wolfe staje się osobnym instrumentem, kontrastując często z samymi mocnymi melodiami i kreśląc klimat utworów. Tak dzieje się chociażby w Vex, gdzie jej słodki, jakby dobiegający jakby z oddali wokal towarzyszy death metalowym brzmieniom i… brutalnym, drapieżnym wstawkom wokalisty Aarona Turnera; w The Culling (rewelacyjny, surowy początek!), gdzie zdaje się nie zauważać wejścia metalicznych gitar; czy w krótkim, stonowanym Welt. Nie sposób przejść obojętnie obok cichego, dark folkowego Two Spirit, które daje złudne poczucie spokoju. W podobnym, choć nieco bardziej rockowym tonie utrzymane jest Offering. Ciężko mi jednak polubić ten numer. Wypada słabiej od swoich albumowych kolegów, ani nie zaskakując, ani nie wprowadzając słuchacza w ten pięknie ponury, klaustrofobiczny klimat, którego tworzenie niemalże do perfekcji opanowała Amerykanka.

Hiss Spun jest naturalnym następcą Abyss. Sporo tu jazgotliwych, dusznych, inspirowanych metalem melodii, na które bez większego wysiłku swój śpiew nałożyła Chelsea Wolfe. Niby wszystko się zgadza, ale zabrakło mi jednego – emocji. Artystka zapowiadała swój tegoroczny krążek takimi zwrotami jak osobisty czy jestem gotowa, by otworzyć się przed światem. Chociaż obietnicy dotrzymała w warstwie tekstowej, słuchając jej nowych nagrań mam wrażenie, że dystansuje się od swoich opowieści i jeszcze bardziej podkreśla swą introwertyczną naturę.