Carly Rae Jepsen – Kiss (2012), recenzja Zuzanny

Hey, I just met you, and this is crazy, But here’s my number, so call me, maybe? do kogo w wakacje nie dochodziły te słowa sto razy dziennie? Pochodzą one z wielkiego przeboju minionego lata – Call Me Maybe. Jego autorką jest kanadyjska wokalistka Carly Rae Jepsen. W 2007 zajęła trzecie miejsce w kanadyjskiej edycji programu Idol. Rok później ukazała się jej debiutancka płyta zatytułowana Tug of War. Byłaby znaną tylko w swoim kraju piosenkarką, gdyby nie pomoc idola nastolatek – Justina Biebera. To on jako pierwszy zachwycił się utworem Call My Maybe, co otworzyło przed Carly drzwi do światowej kariery.

Pomoc Biebera sprawiła, że w pracy nad albumem Kiss Carly była wspierana przez całą masę różnych producentów. Pomógł jej m.in. Dallas Austin (album Bedtime Stories Madonny), Josh Abraham (współpraca z 30 Seconds to Mars, Limp Bizkit i Kelly Clarkson) oraz Redfoo (połowa duetu LMFAO, specjalizującego się w ogłupiającej muzyce).

Gdybym miała 12 lat, płyta Carly szybko znalazłaby się na mojej półce. Mam jednak 'odrobinę’ więcej i wiem już, czego oczekuję od muzyki. Carly Rae Jepsen jest prawie dziesięć lat ode mnie starsza. Kiedy po raz pierwszy raz miałam styczność z jej muzyką, stawiałam, że niedawno skończyła z 16 lat. Gdy dowiedziałam się, w jakim faktycznie jej wieku, prawie spadłam z krzesła. Nigdy bym nie przypuszczała, że 27-letnia kobieta może nagrywać taką muzykę! Nawet Britney Spears, którą do niedawna uważałam za wieczną nastolatkę, dojrzała i nie próbuje już wcisnąć nam utworów w stylu (You Drive Me) Crazy. Muzykę Carly określić możemy za pomocą kilku przymiotników – teen-popowa, plastikowa, komputerowa, nieprawdziwa.

Recenzji albumu Kiss nie mogę zacząć inaczej jak od kilku słów o Call Me Maybe. Piosenka była numerem jeden w ok. 20 krajach. Ponadto w samych Stanach singiel sprzedał się w prawie 6,000,000 sztuk. Na listach przebojów Carly zostawiała w tyle takie gwiazdy jak Rihanna, Katy Perry czy Maroon 5. Call Me Maybe jest chwytliwe, ma łatwy do zapamiętania refren, ale… to strasznie irytujący kawałek. Raz czy dwa posłuchać można. Przy większej ilości razy – zalecany psychiatra.

Co jeszcze nas czeka na krążku? Otwiera go Tiny Little Bows, które całkiem mi się podoba. Jedna z ciekawszych piosenek Carly. Zawiera sample z utworu Cupid Sama Cooke’a. Na szczęście tylko w warstwie tekstowej, bo inaczej autor mógłby czuć się urażony (gdyby wciąż żył), co zrobiono z jego utworem. Potem otrzymujemy elektroniczne do bólu nagranie This Kiss, podobne do niego Hurt So Good oraz powielające ich dźwięki Guitar String / Wedding Ring.

Na Kiss znalazło się również miejsce dla dwóch ballad. W końcu nastolatki po wielu szaleństwach lubią usiąść i pomarzyć o wielkiej miłości, czy zamartwiać się, dlaczego, do cholery, „na mnie nie spojrzał”. W Jepsen znajdą swoją bratnią duszę. Jedną ze spokojnych piosenek jest Your Heart Is a Muscle. Mało pomysłowa, takich utworów było miliony. Znacznie bardziej udane jest nagranie Beautiful, w którym gościnnie pojawia się Justin Bieber. I to mi się podoba. Słodki, dziewczęcy wokal Carly ładnie komponuje się z głosem Justina.

Na samej muzyce jednak się nie kończy. Są jeszcze teksty. Chociaż w tym przypadku wolałabym, aby ich w ogóle nie było. Czy Carly w tej wytwórni podtruwają, by godziła się to śpiewać? Teksty godne Hannah Montana. Bez jakiejkolwiek głębi i przesłania. Opowiadające oczywiście o miłości. W Hurt So Good Carly śpiewa

My heart skips a beat, darling, everytime you go (PL: moje serce na chwilę przestaje bić, kochanie, za każdym razem, gdy przechodzisz obok).

W More Than a Memory padają słowa

And you know, that night I almost said, I love you, and you almost said it back (PL: I ty pamiętasz tę noc, w której prawie powiedziałam, że cię kocham, i ty prawie mi odpowiedziałeś).

Wiedziałam, że przejść przez Kiss nie będzie łatwo. Jednak takiej masakry się nie spodziewałam. Płyta jest wtórna, plastikowa. Ciągle powtarzają się te same dźwięki, bity. Tej pani już dziękujemy.

Czytaj również