Bruce Springsteen nagrał spokojną płytę, która brzmi jak sentymentalna podróż po Ameryce, której już nie ma.
Nie ma bardziej amerykańskiego wokalisty z USA niż The Boss. 20 Nagród Grammy, Oscar, Złote Globy i 135 milionów sprzedanych płyt. W tym przypadku statystyki nie kłamią – mamy do czynienia z człowiekiem instytucją, jednym z najważniejszych muzyków amerykańskich, którego wkład w kulturę popularną Stanów Zjednoczonych jest niezaprzeczalny.
Wydanie płyty przez Springsteena to zawsze nie lada wydarzenie. Dzieje się to po raz dziewiętnasty, a Western Stars zostałaby rozjechana przez krytykę, gdyby nagrał ją ktokolwiek inny niż The Boss. Dostajemy trzynaście utworów, spośród których trudno znaleźć najsłabszy punkt, ale (i to stanowi problem tej płyty) niełatwo wskazać też najmocniejsze akcenty.
Od pierwszego do ostatniego utworu mamy do czynienia z nostalgicznymi, zupełnie niedzisiejszymi balladami. Nie uświadczymy tu żadnego stadionowego hitu, za to posłuchamy wysmakowanej i sentymentalnej podróży po Kalifornii sprzed kilkudziesięciu lat. Wokal Bossa jest delikatny i elegancki, wygładzony jak nigdy, a całość zaaranżowana w iście filmowy sposób.
Western Stars nie można po prostu słuchać – ją trzeba smakować, delektować się jej klimatem, a wtedy 50 minut spędzonych razem z Brucem nie uznamy za stracony czas. To nie jest płyta dla każdego, a podejście do niej, jak do każdej innej, wyrządzi jej tylko krzywdę. Słuchana pobieżnie i w pośpiechu sprawi wrażenie smutnej, a jest w niej dużo nadziei, którą Springsteen chciał przekazać tak bardzo podzielonym rodakom. Kojarzony z amerykańską lewicą w trudnej dla Demokratów epoce Trumpa, Springsteen nie nagrał protest songów, ale swoim czarem i wrażliwością uczynił Amerykę znowu wielką.
