Jaki będzie „Ten dom…” i dokąd sięgają jego korzenie? Wielu z nas jeszcze do niedawna zadawało sobie to pytanie. Zniecierpliwienie potęgowało się z dnia na dzień, a ciekawość karmiły kolejno odkrywane katy muzycznej układanki, od singli po towarzyszące im teledyski. Bez Richiego Sambory – wiadomość trudna do zaakceptowania. Czy niepokój wśród wieloletnich wielbicieli twórczości zespołu rzeczywiście ma swoje uzasadnienie? O tym przekonaliśmy się czwartego listopada, kiedy niejeden fan światowej legendy rocka mógł poczuć się jak Tommy – główny bohater teledysku It’s My Life w drodze po ich czternasty krążek.

This House Is Not For Sale jest pierwszą, faktyczną próbą zawojowania rockowej branży muzycznej bez twórczego wkładu Richiego Sambory (należy oficjalnie przyznać – naszej dumy narodowej o polskich korzeniach). Wbrew wszelkim informacjom o nieobecności gitarzysty i kompozytora na poprzednim krążku zespołu, brał on czynny udział w powstawaniu kompozycji pod tytułem Saturday Night Gave Me Sunday Morning, która jako jedyna spośród wszystkich propozycji została przygarnięta przez rozgłośnie radiowe. Promocja płyty praktycznie nie istniała. Przy najnowszym albumie Bon Jovi zmienili strategię. W odróżnieniu od ilościowo zredukowanego do przyzwoitego minimum (zaledwie 10 numerów), nie do końca przemyślanego brzmieniowo i wizualnie oszczędnego (opakowania z płytą nie zawierały książeczki w żadnej z wydanych wersji) Burning Bridges, zaledwie po roku nieustającej pracy w studiu, dołączyli do swojej atrakcyjnej dyskografii jego bardziej zaawansowanego i spójnego następcę. W składzie Jon Bon Jovi na wokalu, David Bryan za klawiszami, Tico Tores na perkusji, Hugh McDonald na basie oraz z nowym, utalentowanym gitarzystą o pseudonimie Phil X, mamy przed sobą dom, który razem z dwunastoma piosenkami w wersji podstawowej i aż siedemnastką w jego rozszerzonym wariancie, dokumentuje ostatnie trzy burzliwe lata w życiu zespołu i jego lidera, którzy znaleźli się na rozdrożu, by potem poczuć siłę więzi – jak w rodzinnym domu i ponownie odnaleźć radość ze wspólnego grania i być twórczo spełnionym muzykiem.
Na początku września zaprezentowano okładkę albumu oraz tracklistę. Okładka autorstwa fotografa Jerrego Uelsmanna ukazuje czarno-białe zdjęcie domu, które Jon Bon Jovi zobaczył kilka lat przed nagraniem albumu i co ostatecznie stało się inspiracją do napisania piosenki tytułowej. Po zapoznaniu się z siłą napędową płyty, zawirowania i niepewność towarzyszące oczekiwaniom zostały rozwiane. Rockowe, dynamiczne i z nutą lirycznej nostalgii This House Is Not For Sale idealnie sprawdziło się w roli głównego reprezentanta wydawnictwa i jego motywu przewodniego. Living With The Ghost brzmieniem nie odbiega energią od swojego poprzednika, natomiast tekstowo nawiązuje do ostatnich wydarzeń związanych z historią zespołu i nieoczekiwanemu pożegnaniu Sambory od dekad budującego fundamenty największych przebojów grupy. Muzyka Bon Jovi zarówno w przeszłości jak i w teraźniejszości stroni od pojęć niezrozumiałych, niejasności oraz podwójnych znaczeń. Bezpośredniość to ich siła.
Krótko po wydaniu premierowego singla pojawił się drugi utwór promocyjny – Knockout. Nawiązując do tytułu, posiada on swoje dosłowne i praktyczne zastosowanie; nokautuje dynamiką i idealnie nadaje się do stacji radiowych, nie tylko dekodowanym muzyce rockowej. Potencjalny kandydat na wieloletni przebój już jest, podobnie jak Roller Coaster, który wiruje w rytm delikatnej gry klawiszy i gitary w zwrotkach, by po chwili uderzyć w refren mocnymi dźwiękami.
Zamknięcie lat osiemdziesiątych z genialnym New Jersey po nadejście Keep the Faith i kolejno These Days w lat dziewięćdziesiątych, niepowtarzalne piosenki o miłości stały się znakiem rozpoznawczym Bon Jovi. Dziś o balladach takich jak I’ll Be There For You, Bed of Roses, Always, czy Lie To Me nie da się zapomnieć. Niestety miłość i era romantyzmu w twórczości zespołu wypaliła się wraz z zakończeniem XX wieku na etapie albumu Crush i wspaniałego Thank You For Lovin Me. W ich czternastym longplayu usłyszymy kilka spokojniejszych kompozycji jednak nawet w małym stopniu niedorównującym powyżej wspomnianym klasykom. Na większą uwagę zasługują jedynie intrygujące Labor Of Love i sentymentalne Scars On This Guitar, figurująca jako jedna z najlepszych ballad ery pocrushowej. Ma ona jednak swoje mankamenty – niedosyt potęguje brak wokalu Richiego Sambory, który zaśpiewany na dwugłos z Johnem mogłaby zgarnąć wysokie miejsce wśród ballad w repertuarze grupy. Przejście od melancholijnego Scars, do melodyjnego God Bless This Mess trafia w punkt i nie wprowadza słuchacza w rutynę jak w przypadku dość bezbarwnego New Year’s Day. Takie pozycje na płycie jak Reunion czy zamykające podstawówkę Come On Up To Our House wymagają od odbiorcy większego zaangażowania i cierpliwości. Początkowo wydają się monotonne, jednak po kilku przesłuchaniach ich brzmienie nabiera koloru i koniec końców stają się nieodłącznym elementem płyty. Jeżeli szukacie nieszablonowych melodii, obowiązkowo sprawdzicie lekko surowe The Devil’s In The Temple (wkrótce zostanie przyozdobione teledyskiem) i stawiane na pierwszym planie donośne granie w Born Again Tomorrow. Te dwie świetne kompozycje nadające całości życia, którego w ostatnich kilku latach Bon Jovi prezentowało stanowczo w oszczędnej ilości.
Bon Jovi przez ponad trzy dekady działalności, swoich niebotycznych wzlotów sprzedali setki milionów płyt na całym świecie, jednak od samego początku ich największym atutem są występy na żywo – ogromne przestrzenie koncertowe, wypełniane po same brzegi. W momencie, gdy został osiągnięty tytuł jednej z największych legend i twórcy istotnej części w historii muzyki, poprzeczka staje się bezmiernie wysoka i niemalże nie do przejścia. Dziś udało im się stworzyć płytę treściwą, nasyconą melodyjnym rockiem i jeżeli ktoś próbuje sklasyfikować album wyłącznie jako produkcję popową (zdarzają się takie absurdalne opinie), prawdopodobnie nie jest świadomy, jak w obecnych czasach brzmi pop w czystej postaci. Mimo, że This House Is Not For Sale nie znajdzie się w ścisłej czołówce najlepszych dokonań w ich twórczości, z całą pewnością zajdzie wysoko wśród płyt nagranych w ostatniej dekadzie. Wiernych odbiorców do odsłuchu zachęcać nie będę – jest to kwestia oczywista. Natomiast jeśli jesteście zniechęceni ostatnimi płytami grupy ze względu na przywiązanie do dawnych klasyków, warto zajrzeć do Tego domu z kawałkiem historii i solidnych kompozycji. Pozostaje mieć nadzieję, że panowie poszerzą trasę koncertową o kolejny kontynent, a na jej rozległej mapie ujrzymy Polskę.

