Dla miłośników muzyki, album ten był jedną z najważniejszych premier tegorocznej jesieni. Fani amerykańskiego indie-folkowego zespołu musieli uzbroić się w cierpliwość i poczekać na nowy materiał ponad pięć lat. Bon Iver powraca z dziełem numer trzy, które może zdziwić niejednego słuchacza, kojarzącego Justina Vernona z takich kompozycji jak Skinny Love czy Holocene.
Początki kariery Bon Iver opierały się przede wszystkim na brzmieniu folkowym. Debiutancki album For Emma, Forever Ago to płyta niezwykle intymna, pełna wrażliwości i delikatności. Słuchając krążka można doświadczyć miliona emocji, wzruszyć się i przeżyć akustyczną przygodę. Nie da się nie wyczuć tego sennego, bardzo nostalgicznego klimatu – w końcu Vernon nagrywał debiut w odizolowaniu, gdzieś pośród lasów, w małej chacie w stanie Wisconsin. Mimo że album wydano blisko dziesięć lat temu, jego zawartość wciąż zachwyca oraz nadal urzeka naturalnością i bezpretensjonalnością.
Drugi album Bon Iver, Bon Iver przyniósł niewielkie zmiany. Zespół odstawił nieco na bok gitarę akustyczną i pokazał światu bogatsze, ale nadal bardzo klimatyczne i urzekające dzieło. Muzyczna rewolta nie miała miejsca.
Stało się. To właśnie trzeci album 22, A Million okazał się być dźwiękową rewolucją Justina. Trzeba przyznać, że dużo zmieniło się w muzyce Vernona przez ostatnie pięć lat. W ciągu tego czasu nawiązał dużo nowych kontaktów, współpracował z różnymi artystami, jak np. Francis and the Lights, James Blake czy Kanye West. I to właśnie brzmienie, z którego słynie ten ostatni, pojawia się w wielu miejscach najnowszego albumu (np. 10 d E A T h b R E a s T ⚄ ⚄ i 715 – CR∑∑KS). Kto by pomyślał, że Bon Iver pójdzie właśnie w tym kierunku.
Najnowsze dzieło krąży dźwiękowo wokół niczego innego, jak coraz popularniejszego ostatnio gatunku zwanego folktronicą. Folkowy klimat jest tu obecny wyraźnie, ale obok niego pojawia się też mocna elektronika, często „dziwaczna”, zniekształcona, z głębokimi basami. Podobnie dzieje się z wokalem na tej płycie, który nie jest jednorodny. Zespół bawi się tym elementem, stale manipuluje nim. Słyszymy zarówno czysty głos, jak i ten poprawiony cyfrowo. Wydaje mi się jednak, że krążek zyskałby jeszcze dużo więcej, gdyby nie dość chaotyczna produkcja, która czasami jest zbyt „brudna”, zbyt pokręcona. Nie zmienia to jednak faktu, że album pod względem produkcyjnym ma dużo do zaoferowania.
Przyznać trzeba, że eksplorowanie tego dzieła, zwłaszcza w towarzystwie dobrych głośników, przynosi mnóstwo muzycznych przyjemności. Siadasz na kanapie, zakładasz wielkie słuchawki, włączasz album i odpływasz w stronę zupełnie innego, nieznanego Ci lądu. Bogactwo aranżacji robi wrażenie. Mimo że mamy tu sporo elektronicznych dźwięków, 22, A Million wydaje się być idealną płytą na jesienne czy zimowe wieczory. To wszystko dzięki wyważonemu tempu melodii. Elektronika nie przejmuje tej płyty, nie dominuje w niej, nie krzyczy do słuchacza, a jest jedynie jej ważnym elementem. Najlepszym tego przykładem jest świetne i bardzo minimalistyczne 8 (circle), któremu bardzo blisko do twórczości Franka Oceana.
To miłe, że na albumie znalazło się też sporo miejsca dla elementów, z których Bon Iver jest znany już od wielu lat. Akustyczny duch nie opuścił Vernona. Nadal jest w nim i wciąż czaruje. Nie będę ukrywał, że dużo bardziej wolę tę odsłonę jego twórczości. Folk z nutą melancholii to coś, co Justinowi wychodzi perfekcyjnie. Warto zatrzymać się przy #29 Strafford Apts, ____45_____ czy 00000 Million.
Album 22, A Million to dzieło interesujące oraz warto poznania. Aby dotrzeć do jego najgłębszych zakamarków, potrzeba jednak skupienia i dużej ilości czasu. To właśnie tu spotykają się dwa obecne światy Bona Ivera, czyli folk i elektronika. Mało kto by pomyślał kilka lat temu, że amerykański zespół sięgnie kiedykolwiek po syntezatory. Choć wolę „leśnego” Vernona, pełnego melancholii i z gitarą akustyczną pod pachą, to zabawa elektroniką na tej płycie okazała się być niezwykle udana. Słuchajcie i wnikajcie w ten muzyczny świat, bo warto!

