
Z albumami świątecznymi jest trochę tak jak z prezentami pod choinką. To całkiem miłe, że pojawiają się co roku, ale trzeba liczyć się z tym, że nie każdy przypadnie nam do gustu. Dlatego, już na początku, warto wspomnieć, że wydany przez Boba Dylana krążek Christmas In The Heart jest tak samo specyficzny, jak sam artysta.
W 2009 roku świąteczny album od Boba Dylana, człowieka od zawsze zajmującego się, nie ujmując wydawnictwom świątecznym, nieco wyższym rodzajem sztuki, mógł być dość dużym zaskoczeniem. Być może nie tak wielkim, jakie u niektórych budziła przyznana mu nieco później Nagroda Nobla, ale to tylko kolejny dowód na to, że Bob Dylan jest artystą dość specyficznym.
Podobnie jest z albumem Christmas In The Heart, który chociaż zawiera 15 świątecznych klasyków, daleki jest od tego, co zwykło się nazywać standardowym albumem świątecznym. Pomimo tego, że pierwszym dźwiękiem, jaki płynie w stronę słuchacza z utworu Here Comes Santa Claus jest dźwięk dzwonków, a im dalej, tym bardziej można wczuć się w delikatne, rozkołysane, gitarowe brzmienia, dość mocno zaskakuje jednak zachrypnięta i nie aż tak bardzo nosowa jak zwykle barwa głosu Dylana. To właśnie tego rodzaju kontrast może zadecydować o tym, czy to wydawnictwo wpadnie komuś w ucho, czy też już na samym początku zostanie przez niego odrzucone.
Jeśli jednak Dylanowi uda się wciągnąć kogoś w swój świąteczny świat już przy kolejnym utworze okaże się, że ten świat wcale nie jest tak wesoły i spokojny jak mogłoby się wydawać. Do You Hear What I Hear? To utwór, w którym główną rolę odgrywają instrumenty perkusyjne. Ten zapętlony rytm w połączeniu z charakterystycznym głosem Dylana wprowadza słuchacza w pewnego rodzaju melancholię.
Z zadumy słuchacza delikatnie wyrywają damskie głosy. Winter Wonderland otwiera przed nami nastrojowy chórek, ale już kilkanaście sekund później jego miejsce zajmuje nieco weselszy niż dotychczas śpiew Dylana otoczony delikatnym dźwiękiem dzwoneczków.
W Hark The Herald Angels Sing chyba najmocniej można usłyszeć typowy dla Dylana ton, który nieco łagodzą spokojne kobiece głosy dopełniające całość . Tempo zwalnia jeszcze bardziej, kiedy Dylan wyśpiewuje I’ll Be Home For Christmas. Z jego szorstkiego, zachrypniętego głosu płynie nie tylko doskonale słyszalny smutek, ale także pewien rodzaj troski, który nadaje całości lekko bluesowy klimat.
Jak przystało na kolejny świąteczny klasyk Little Drummer Boy wybrzmiewa w rytmie nadawanym przez bębny, a sposób w jaki Bob Dylan wtapia w ten utwór swój głos, tym razem mniej szorstki i zachrypnięty, sprawia, że na pierwszy plan wysuwają się właśnie dźwięki bębnów.
The Christmas Blues to całkiem dobrze zapakowany prezent dla miłośników bluesa. Co prawda nie ma tam niezwykłych wariacji, za to nie brakuje typowego bluesowego klimatu, który nadzwyczaj dobrze wpasowuje się w całą koncepcję tego krążka.
Kolejny utwór, czyli O’ Come All Ye Faithful (Adeste Fideles), jeszcze bardziej zwalnia tempo, jednak można pokusić się o stwierdzenie, że ten spokój ukryty w dźwiękach to też pewnego rodzaju życzenie spokojnych świąt, które następnie dopełnia kołyszące się delikatnie Have Yourself A Merry Little Christmas. To jednocześnie kolejna odsłona smutku, który Bob przemyca gdzieś pomiędzy dobre przecież życzenia, trochę tak jakby sam nie wierzył w ich spełnienie.
Zanim słuchacza całkiem ogarnie smutek Bob serwuje mu obrót o 180 stopni, Must Be Santa to utwór, z którego płynie ciekawy rodzaj energii. To trochę tak jakby Bob Dylan zabrał słuchacza na imprezę świąteczną do starodawnego pubu. Niby trochę nie wypada, ale skoro brzmi tak, że nie sposób się nie uśmiechnąć to, kto Dylanowi zabroni.
Wraz z Silver Bells wracamy do spokojnych dźwięków pośród, których można usłyszeć nieźle wkomponowane brzmienie gitary elektrycznej. Nie jest to jeden z tych utworów, które ten instrument dominuje. W tym przypadku jest on raczej częścią całości niż instrumentem przewodnim i takie jego zastosowanie bardzo dobrze odgrywa swoją rolę.
The First Noel przywodzi na myśl kolędników i zapewne właśnie taki był zamysł tego utworu. Od tego typowo świątecznego brzmienia słuchacza odrywa Christmas Island. Dokładnie tak jak sugeruje tytuł, słuchacz przenosi się w dość egzotyczne miejsce, które już od pierwszych dźwięków przywodzi na myśl Hawaje. Z tymi delikatnymi rytmami głos Dylana współbrzmi bardzo przyjemnie, trochę na zasadzie, że przeciwieństwa się przyciągają. Co więcej, w tym przypadku tworzą dość udaną parę.
The Christmas Song, bardziej niż piosenkę, przypomina opowieść, bo w tym przypadku Dylan bardziej niż samym dźwiękiem bawi słuchacza barwą głosu, podobnie jest także z zamykającym płytę, klimatycznym utworem O’ Little Town Of Bethlehem.
Christmas In The heart jest albumem, który w zestawieniu z innymi świątecznymi wydawnictwami może zaskoczyć . Podobnie jak sam Bob Dylan, krążek zapewne znajdzie swoich zwolenników, jak i przeciwników, ale i jedni i drudzy prędzej czy później będą musieli przyznać, że jest w nim coś charakterystycznego. Jednak nie da się nie zauważyć, że na tej płycie Bob odchodzi od typowego dla siebie nosowego brzmienia. Mimo tego uczynił z niezaprzeczalnych klasyków „swoje” utwory. Po wysłuchaniu całego albumu do głowy przychodzi jeszcze jedna myśl. Bob Dylan jest artystą takiego kalibru, że może sobie pozwolić na to, o czym niejeden artysta może tylko pomarzyć. Bob Dylan nie nagrywa „pod publikę” on nagrywa tak jak czuje i właśnie to, od lat wychodzi mu bardzo dobrze.
- Data premiery: 13 10 2009
- Single: Must Be Santa

