Na co komu te narodziny? BLACKPINK – Born Pink, 2022 (recenzja)

Inne recenzje

Wszyscy czekali na ten dzień… Tyle, że chyba nie było warto. Koreański kwartet BLACKPINK powraca z nową muzyką, która pod postacią albumu Born Pink ma po raz kolejny uczynić je największymi gwiazdami na planecie Ziemia. Odnoszę jednak wrażenie, że to wyłącznie powtórka z rozrywki, która być może jest ostatnim biznesowym sukcesem z udziałem tych niezwykle utalentowanych dziewcząt.

Pisząc recenzję debiutanckiego krążka BLACKPINK, podskórnie wiedziałem, że nie oczekuję od nich drugiego pełnoprawnego wydawnictwa. Choć w teorii był to ich debiut, tak będąc na rynku już od dobrych paru lat, trudno by było o kolejny artystycznie odważny ruch, jakim był The Album. Czemu? Ponieważ nie można osiągnąć jeszcze większego sukcesu, nie próbując zredefiniować swojej dotychczasowej tożsamości. Wraz z premierą głównego singla, czyli Pink Venom byłem praktycznie pewien, że raczej nie mam co liczyć na coś niesamowitego. Dlatego też Born Pink stanął raczej na przegranej pozycji, choć nadzieja była do samego końca…

Born Pink to jeden z najbardziej przewidywalnych albumów, jakie zrecenzowałem w ciągu pięciu lat mojej dziennikarskiej kariery. Pójdę nawet o krok dalej i stwierdzę, że jest to dzieło składające się z utworów, które nie znalazły się ostatecznie na The Album, czekając w wydawniczym limbo na swoją publikację. Tym samym otrzymaliśmy kolekcję ośmiu pioseneczek, które brzmią niczym ostatnie podrygi popularności bardzo konkretnego wcielenia muzyki elektro pop w końcówce drugiej dekady XXI wieku.

Born Pink stanowi idealny przykład na to jak nie robić muzyki – podążanie za utartymi schematami nigdy dobrze się nie kończy. Tym bardziej, kiedy te schematy zostały już wykorzystane tyle razy, że już w roku 2018 były mało odkrywcze. Jednak gorsza od przewidywalności jest po prostu nuda. Born Pink jest wręcz boleśnie nudny i wtórny. BLACKPINK nie tylko oparły swoje najnowsze dzieło na schematach „dobrej popowej piosenki”, ale i bezpardonowo pożyczając całe linijki z innych utworów, co najsilniej dało o sobie znać we wspomnianym już Pink Venom.

Szkoda mi tylko samych BLACKPINK, które po prostu musiały zaśpiewać te nic niewnoszące lirycznie czy produkcyjnie numery. Jisoo, Jennie, Rosé i Lisa wpadły w pułapkę bycia komercyjnym zespołem, który jest w pełni kontrolowany przez swoich producentów. Dziewczyny w końcu zderzyły się z sytuacją, gdzie to, co potencjalnie je kręci w muzyce, nie pokrywa się z ich obecną twórczością, co niestety słychać i czuć. Tu nie ma radości, pasji czy zaangażowania, jest to wszystko przeciętne, a to nie wiąże się z żadną ekscytacją.

Do listy problemów dodam również to, że Born Pink nie ma jasnego przekazu. Niby to te same cztery sympatyczne dziewczyny, ale z drugiej strony ktoś chce nam wmówić, że są już bardziej wyzwolone. Owe wyzwolenie, jeśli chodzi o same teksty, polega na wypowiadaniu słów „shit” i „fuck”, co jest w XXI wieku mało „wyzwoleńcze”. Również od strony muzycznej próbowano uczynić dziewczyny bardziej dojrzałymi, łącząc electro pop, R&B oraz hip-hop. Wiecie jak to jest, dziś dzieciaki buntują się w rytm czarnoskórych raperów i eterycznych wokalistek R&B, więc właśnie w ten sposób YG Entertainment zarobi kolejne miliony. Istne pomieszanie z poplątaniem i BLACKPINK to po prostu nie pasuje.

Myślę, że w moim przypadku raczej nie ma szans na powrót do tego albumu. To nie jest produkt stworzony z myślą o mnie, co oczywiście nie jest niczym złym. Niemniej, jeśli miałbym spośród tych ośmiu propozycji wskazać te najciekawsze, to powiedziałbym o ostatnich trzech. The Happiest Girl to współpraca miedzy BLACKPINK a niesławnym małżeństwem Sinclair, znanych wcześniej jako Natalia Kills oraz Willy Moon. Trzeba przyznać, ze zaoferowali dziewczynom naprawdę ciekawy utwór, który jednak eksploruje jakiś ciekawy temat w kontekście tego kim BLACKPINK aktualnie są. Tally również dobrze wypadł, bo ani nie odrzucił mnie przekombinowaną melodią, a i jego tekst miał jakieś przesłanie, chcąc pokazać, że dziewczyny po prostu wiedzą kim są i czego chcą. Ciepłe słowo mogę również skierować ku Ready For Love – być może jest to piosenka z gry komputerowej, ale tej nie brakuje jakiejś pozytywnej energii, której generalnie poskąpiono.

Born Pink nie jest albumem godnym, aby był sygnowany imieniem BLACKPINK. Koreanki zasłużyły na coś zdecydowanie lepszego i myślę, że również ich fani mogą czuć się rozczarowani tym, co ostatecznie otrzymali. Nie chcąc wieścić rychłego końca ekspansji k‑popu na świat, myślę, że przed BLACKPINK trudny czasy. Jeśli myślą długodystansowo o swojej karierze, czym prędzej muszą zainwestować w to, co je autentycznie interesuje. Pora na zmiany!

BLACKPINK - Born Pink
  • Data premiery: 16 09 2022
  • Single: Pink Venom, Shut Down
Najlepsze utwory: The Happiest Girl, Tally
Najsłabsze utwory: Yeah Yeah Yeah, Typa Girl


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Christian Cieślak
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.

Czytaj również

Wszyscy czekali na ten dzień… Tyle, że chyba nie było warto. Koreański kwartet BLACKPINK powraca z nową muzyką, która pod postacią albumu Born Pink ma po raz kolejny uczynić je największymi gwiazdami na planecie Ziemia. Odnoszę jednak wrażenie, że to wyłącznie powtórka z rozrywki, która...Na co komu te narodziny? BLACKPINK – Born Pink, 2022 (recenzja)