Bisz & Radex – Wilczy Humor (2016), recenzja Michała Szuma

Uwolniony z wnyków

0
199

Los bywa przewrotny i to właśnie jego kaprysy są motorem napędowym wydarzeń dziejących się w naszych życiach. Przypadkowe spotkania z ludźmi, sploty początkowo niezobowiązujących okoliczności i wspólnie snute plany na piasku, z czasem przybierają poważniejszych wymiarów i rozrastają się w coś, co można nazwać sukcesem. Dobrym przykładem ów efektu finalnego jest kapitalna płyta, która jest kwintesencją szumnego pojęcia zwanego „sztuką”. Dzień dobry – oto Wilczy Humor.

Bisz w swej twórczości niejednokrotnie wchodził w interakcję z rzeczami nowymi i każde takie spotkanie poszerzało jego strefę twórczego komfortu. Od nieco już zapomnianych EP’ek i longplay’ów w podziemiu, poprzez komercyjny sukces Wilka Chodnikowego, na W Stronę Zmiany i Labiryncie Babel kończąc. Patrząc przez pryzmat jakiegokolwiek wkładania w szufladki, upychania ciasno w półeczki i kategoryzowania, ta dyskografia nie trzyma się kupy. Rap może i kiedyś był jej elementem, ale ostatnio zszedł nieco na ubocze, a czasem nawet zginął w czeluściach cholera wie jakich eksperymentów, gitar i innych pseudo-rockowych brzmień. A wspomniany już Labirynt, to istne apogeum abstrakcji. Halo, panie Jarku, czy Pan aby się nie zagalopował?!

No właśnie nie! Ten szalony galop jest przecież czymś fantastycznym. Oczywiście rozumiem, że pewna grupa muzyków lubi swoje miłe brzdęki, przyjemne puknięcia i dobrze znane kanony. Że nie śpieszno im do nagrania płyty przełomowej, bo albo jest już za późno, albo za wcześnie, albo ich pozycja jest na tyle ustabilizowana, że gra nie jest warta świeczki i zwyczajnie nie ma sensu podejmować ryzyka. Tacy ludzie będą zawsze, ich twórczość trafi do wielu odbiorców, a koncerty będą wyprzedawały się jeden po drugim. Ale póki żyją „szaleńcy” pokroju Bisza, świat muzyki wciąż będzie głodny postępu.

Ten jest jedną z głównych liter, którymi pisany jest Wilczy Humor – 35 minutowy zbiór przemyśleń z kategorii osobistych. Ciężko stwierdzić o czym tak naprawdę jest ten album, bo zahacza on o wiele sfer życia codziennego. Jedni nazwą to płytą o dorastaniu, inni mogą zwrócić uwagę na aspekty moralizatorskie, a jeszcze inni zauważą wątki biograficzne i symbolizm swoistego uwolnienia się z kleszczy przeszłości i (w trochę mniejszym stopniu) przyszłości – tych pamiętnych wnyków. Zerwanie więzi następuje zarówno na płaszczyźnie lirycznej, jak i muzycznej, co skutkuje zupełnie nową jakością na polskim rynku.

Rozwiązanie marynarskiego knota następuje umiarkowanie szybko, bo już w pierwszym na playliście Grymasie Losu, Jarek wraca do mocno ortodoksyjnego terminu rap i sam mówi, że jeżeli już ktoś się tego ima, to jego pieprzonym obowiązkiem jest robienie tego dobrze. Jednak tym tekstem paradoksalnie uwalnia się on również z tego obowiązku, bo nazwać Wilczy Humor płytą rapową, to jak nazwać Boba Dylana dobrym muzykiem – niby coś w tym jest, ale to wciąż za mało na dostarczenie precyzyjnego przekazu.

Przekaz. Kolejne słowo, które ściśle wiąże się z tym albumem. Nie jest to skrzętnie upakowana trudną treścią gadka, jak ta z Labiryntu Babel, niemniej chętni do przyswojenia paru życiowych rad znajdą tu coś dla siebie. Sztandarowym przykładem w tej maretii jest Potlacz!, uczący brania życia na luzie, z przymrużeniem oka i sporą dawką dystansu. Fuck w stronę spraw o małym dla nas znaczeniu jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził, pieniądze są i bywają, a pogoda ducha i oblewanie życia to jak najbardziej zdrowe podejście.

Z kolei utwór Nie Obrażaj Się jest swego rodzaju lekcją dorosłości, w której młodość brutalnie ściera się z pozornie błahą codziennością. Bo niby zlew pełen naczyń, brudne okna i poranny zarost nie są raczej sprawami wartymi zamartwiania się, ale kiedy policzymy całkę po funkcji zwanej życiem, dojdziemy do wniosku, że w wyniku działania te detale zsumowały się w dość sporą liczbę. A kiedy poszerzamy granice funkcji (małżeństwo, dzieci czy ogólnie rodzina), wybiegając przy tym nieco w przyszłość, to sprawy zaczynają zwalać nas z nóg. Stąd wynika ta brutalność – tak pięknie ujęta w punkt przez Jarka.

Natomiast w kwestiach Radka, czyli tych związanych z muzyką, sprawa jest oczywista: arcydzieło. Ci, którzy nie słyszeli wcześniej o Pustkach, traktują go dość po omacku i w wielu przypadkach mają problem ze zrozumieniem takiego, a nie innego podejścia do podkładów. A przecież Radex to wciąż ten sam gościu, znany z ochoczego i kreatywnego przeskakiwania z gitary elektrycznej na gitarę akustyczną, z akustycznej na basową, a z basowej na syntezatory czy inne organy lub nawet bardziej egzotyczne historie. Wachlarz brzmień jest ogromny, wszystkie „bity” pomimo swego minimalizmu są interesujące i daleko im od nudy, a poprzez małą ilość naleciałości rapowych, dają mnóstwo przestrzeni dla treści przemycanych przez Bisza.

I tak oto kolejny duet panów o imieniu Jarek i Radek szturmem wkroczył na polski rynek muzyczny, i znów – z czystym sumieniem można mówić o przełomie. Nowatorskie podejście do spraw muzycznych, ciekawe spojrzenie na rzeczy od strony tekstów i mentalny liść w stronę świata są składowymi, które tworzą Wilczy Humor. A gdzieś po środku, w okolicach trzeciego palca, jest i miejsce dla „trudnych spraw”. Nie dojrzałość i dorosłość, a odpowiedzialność i doza zdrowego dystansu.