Mija tydzień od premiery nowej płyty Beyoncé. Płyty o której cały Internet dyskutuje od dnia wydania. Czas na naszą recenzję, a co Wy sądzicie?
Moja „relacja” z Beyoncé jest długa, wyboista i skomplikowana. Słucham jej muzyki bardzo długo, a od albumu Beyoncé, a potem Lemonade. Każdy, kto dłużej śledzi All About Music to dokładnie wie, co tu się działo w tamtym okresie. Potem przyszedł burzliwy okres, gdzie stałem się jej największym krytykiem. Wydawała muzykę do Króla Lwa, a potem przedłużała tę erę w nieskończoność. Nie byłoby w tym niż złego, gdyby nie fakt, że album The Gift po prostu mi się nie podobał.
I potem gruchnęła informacja, że Beyoncé wydaje album taneczny, a chwilę później usłyszeliśmy Break My Soul. Miałem mieszane odczucia. Po pierwsze: jeśli album taneczny, to widziałbym klimaty Dui Lipy, Jessie Ware, współprace z Calvinem Harrisem, Kygo czy innymi topowymi producentami (wyobraźcie sobie Beyoncé w klimatach We Found Love Rihanny). Po drugie: ja w ogóle nie widziałem albumu tanecznego i chciałem, aby Bey albo nagrała coś w konwencji 6 Inch czy Don’t Hurt Yourself, albo w ogóle dojrzały, balladowy album w klimatach Adele (i jeszcze w ogóle duet z Adele!).
Ale nie, Bey postanowiła zrobić wszystko po swojemu. Inaczej. Na przekór.
Krążek RENAISSANCE to 16 dynamicznych, elektrycznych utworów… no nie do końca. Jest tutaj dużo tanecznych piosenek, ale jest też wiele dźwięków znanych już dla Beyoncé, dużo elementów, które wcześniej słyszeliśmy chociażby w Partition z Beyoncé, można też wyłapać elementy z Flawless. Fragment utworu Pure/Honey idealnie pewnie zostanie z-medley-owany z Blow (na trasie), a Church Girl brzmi jak Get Me Bodied. Nie ma w tym nic złego, jednak kłóci się we mnie nazywanie tego albumu albumem house’owym, tanecznym czy ogólnie jakimś takim wow i nowatorskim. Jest to raczej drobny romans Beyoncé z electro i zmieszaniem tego ze wszystkim, co robiła do tej pory.

Przechodząc do rzeczy: moje pierwsze odsłuchanie było bardzo na nie. Potem było ciut lepiej. Po tygodniu – uwielbiam. To naprawdę dobry album, jeśli da mu się trochę więcej czasu. Ma wiele zalet: jest mega spójny, przejścia między utworami są genialne. Dla jednych może to być minusem, bo wszystko zlewa się w jedno, dla mnie jest to świetny zabieg i słucha się tego doskonale. Produkcyjnie jest to top topów, lepszej produkcji nie było od lat. Wokalnie – chyba nikt nie miał wątpliwości, że będzie dobrze. Uwielbiam te ostre, gorące bity w utworach Thique i Pure/Honey, jednak moim ulubionym kawałkiem jest letnie, lekkie Summer Renaissance. Nie mniej jednak, ta trójka to moje podium tego krążka. Zaraz za tym są Cuff It i Cozy. Tak naprawdę, nie lubię jedynie „środka” albumu, czyli Church Girl, Plastic off the Sofa i Virgo’s Groove. Move też nie jest do końca przeze mnie lubiane, ale bardziej niż wspomniana trójka.
Jednak. Są dwie sprawy, dwa minusy, które muszę głośno wykrzyczeć. Pierwsze: teksty. W ostatnich dwóch albumach, a szczególnie w Lemonade i wszystkim, co się działo potem Beyoncé budowała wizerunek wielkiej królowej, matrony, matki dzieci, wielkiej pani, damy. Coś, co wielu kupowało, a wielu odrzucało. Owszem, były takie piosenki jak Drunk in Love czy Partition, gdzie śpiewała o seksie i miała sugestywne fragmenty, jednak zwykle było to śpiewanie o rzeczach ważnych, kreowanie się na osobę poważną, „królewską”. Teraz ni stąd ni zowąd wydała cały album, w którym śpiewa o seksie, penisach, piersiach, rzeczach cielesnych. Dla mnie się to kłóci. Nie mam nic przeciwko, aby Beyoncé czy ktokolwiek śpiewał o ujeżdżaniu dicka. Madonna ma sto lat i śpiewa „suko jestem Madonną”. I nikogo to nie rusza, w końcu Madonna robiła to zawsze. Ale pani Carterowa przez ostatnie 5-6 lat budowała w sobie boską personę, a nagle chce z tym wszystkim zerwać. Przeżyję to, nie jest to wielki minus, ale jakiś jest więc postanowiłem o tym wspomnieć.
Druga sprawa – ten album jest ciężki. Jak wspomniałem wcześniej, gdy myślałem o tanecznym albumie, miałem w głowie lekkie, letnie hiciory w stylu Dui, Calvina czy We Found Love Rihanny. Piosenki Beyoncé na tym krążku nie mają takiego powiewu lekkości. Są ciężki, wiele z nich na pewno odrzuci potencjalnego słuchacza. Tak naprawdę lekkie i łatwo przyswajalne są tylko Cuff It czy Summer Renaissance.
Wielu słuchaczy odbije się od tego krążka, szczególnie, że na samym starcie mamy dość toporne I’m That Girl. Break My Soul jako pierwszy singiel również nie wszystkich w sobie rozkochało, ja zdecydowanie jako single widziałbym bardziej właśnie wspomniane Cuff It czy Summer Renaissance, czy nawet Cozy.

Podsumowując: jest to bardzo dobry album z mniejszymi lub większymi mankamentami. Nie jest to topka w dyskografii artystki (Beyoncé, Lemonade i Sasha to TOP3), nie jest to też chyba album roku 2022 (dla mnie). Nie wiem, co się wydarzy za pół roku, ale na ten moment albumy Florence + The Machine (Dance Fever) i Harry’ego Stylesa (Harry’s House) są ciut lepsze. Ale jak mówię – nie wiem, jakie będzie moje zdanie za pół roku i kto ostatecznie w moim rankingu wygra. Wiem jedno: spodziewałem się gówna, a dostałem zaskakujące, bardzo dobre wydawnictwo, z którego na dzień dzisiejszy jestem zadowolony. Czas pokaże, czy repley value tego albumu będzie tak samo dobry jak Beyoncé i Lemonade (które po dziś dzień brzmią znakomicie).

Overall
-
Arkadiusz Zroślak - 9/109/10
-
Łukasz Mantiuk - 9/109/10
-
Sylwia Krzywonos - 8.5/108.5/10
-
Dariusz Kozera - 8.5/108.5/10
-
Piotr Krajewski - 8.5/108.5/10
-
Christian Cieślak - 8/108/10
-
Karolina Posytek - 8/108/10
-
Julia Maciąg - 8/108/10
-
Robert Płachta - 8/108/10
-
Kasia Derezińska - 8/108/10
User Review
( votes)- Data premiery: 29 07 2022
- Single: Break My Soul
Summer Renaissance
Pure/Honey
Thique
Cozy
Cuff It
Virgo's Groove
Plastic off the Sofa
Church Girl

