Betty Who – The Valley (2017), recenzja Pawła Markiewicza

0
146

Na Betty Who natknąłem się zupełnie przypadkowo, kiedy w propozycjach na YouTube pokazał mi się teledysk do jej ostatniego singla Mama Say. Piosenka spodobała mi się na tyle, że postanowiłem posłuchać całego albumu o wdzięcznym tytule The Valley. Po jego kilkukrotnym odsłuchaniu bardzo się zawiodłem i posmutniałem.

Zawiodłem się, ponieważ wytwórnie muzyczne wolą promować bardzo słabiutkie popowe wydawnictwa, a takie perełki jak The Valley, pomimo, że komercyjne, zostają potraktowane po macoszemu. Betty Who tym krążkiem pokazała co potrafi i jednocześnie utarła nosa większości gwiazdeczek, które aktualnie znajdują się na szczycie. Druga płyta australijskiej wokalistki, to smaczny popowy kąsek, który mógłby schrupać każdy.

The Valley to płyta emocjonalna. Emocjonalność ta nie objawia się w postaci rozdzierającego bębenki wokalu, ale w szacie lirycznej. Krążek pod kątem tekstu można podzielić na dwie części: pierwsza – radosna, optymistyczna wizja miłości, a druga – bardziej depresyjna i smutna. Nie dajcie się zwieść. To, że część tekstów nie jest zbyt pozytywna, to warstwa muzyczna jest jej kompletnym przeciwieństwem (np. Pretend You’re Missing Me).

Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że intro zwiastuje zupełnie inne brzmienie płyty i odbiorca może być zaskoczony już przy pierwszym, energicznym i lekkim Some Kinda Wonderful. Swoją drogą to idealny wybór na singiel, bo pokazuje właśnie to wszystko, co zawiera w sobie The Valley. Zatem co zawiera w sobie The Valley? Oczywiście mieszankę wysokiej jakości popu i synthpopu. Mamy tu do czynienia z mocno wybijającymi się refrenami, które zarówno pod względem muzycznym jak i lirycznym szybko zapadają w głowie.

Cieszy mnie fakt, że produkcja nie zniszczyła delikatnego, kobiecego wokalu Betty, a o to nie byłoby naprawdę trudno. Muzyka głośna, pokręcona, przepełniona różnymi dźwiękami, które na siebie nachodzą i wzajemnie się zazębiają, to dość ryzykowne, ale jak widać opłacalne posunięcie. Przyjrzymy się Pretend You’re Missing Me. Piosenka trwa 3:57 i znalazł się tu zarówno czas na stonowaną melodię z wokalem oraz eksplozję dźwięków zaraz po refrenie.

But now you’re smiling, and I’m only human
Baby, I missed you every single day
It’s been a while, but in our reunion
I can’t remember why you went away
So what comes next? Could we ever be together again?
But I got this feeling that there’s a reason
It’s a reunion, not a getaway

Betty Who pokusiła się o zaproszenie dwóch gości na płytę. Pierwszym z nich jest duet (raper i producent) Warren G, a drugim Superfruit, czyli 2/5 składu Pentatonix. Free To Fly, nagrane ze wspomnianymi na początku artystami, byłoby o wiele lepsze gdyby właśnie nie ich udział. Raper pojawia się znikąd i po odśpiewaniu swojej części – znika. Pomimo, że wpasowuje się w klimat i ma feeling, to zwyczajnie wytrąca słuchacza z rytmu. Zupełnie inaczej jest z Beautiful, w którym Superfruit dołączają w drugiej zwrotce i towarzyszy wokalnie Betty do końca. W takich duetach zawsze najpiękniejsze są przeplatające wokale, a tutaj jest ich całkiem sporo.
„Gratisem” jest cover ponadczasowego hitu I Love You Always Forever, który w oryginale należy do Donny Lewis. Nowa, dość oryginalna wersja intryguje i czasem dobrze posłuchać tak dobrze wyprodukowanych, odświeżonych szlagierów.

Jestem pewien, że The Valley będzie jednym z najbardziej niedocenionych albumów w roku 2017. Płyta pięknie wpisuje się w dzisiejsze brzmienia muzyki popularnej. Betty zasługuje na to, żeby została doceniona na rynku międzynarodowym. The Valley można słuchać wszędzie. Niezależnie czy ruszacie w długą podróż, piszecie pracę czy jedziecie na uczelnie – zawsze umili Wasz czas.