Ostatnimi czasy na rynku muzycznym pojawia się wielu australijskich artystów. Jedni zachwycają swoimi umiejętnościami oraz kompozycjami, najlepszymi tego przykładami są Chet Faker oraz Flume. Pojawiają się również osobistości chcący przebić się do światowego mainstreamu. Jedną z nich jest Iggy Azalea, która próbuje podbić serca słuchaczy swoją nową klasyką. Cieszy mnie to, że do muzycznego światka próbują przebić się nowe talenty, chcące zaprezentować swoje piosenki. Betty Who jest jedną z takich wokalistek. Czy warto zapoznać się z jej długogrającym debiutem?

Można powiedzieć, że Jessica Anne Newham pojawiła się dosłownie znikąd, a jej kariera rozpoczęła się za sprawą jednego z viralów. Sama filmowa produkcja nie reprezentuje sobą niczego szczególnego. W krótkim klipie możemy ujrzeć scenę oświadczyn. W tle została użyta piosenka australijskiej piosenkarki o tytule Somebody Loves You. Przyznam szczerze, że stykając się z tym viralem byłem bardzo zaskoczony jakością samej kompozycji. Po prostu wszystko w niej zagrało tak jak trzeba. Świetny wokal został połączony z mocnym bitem, a całość na myśl może nasunąć najlepsze dokonania Katy Perry. Po usłyszeniu tego kawałka miałem nadzieję, że na muzycznej arenie właśnie pojawiła się kolejna uzdolniona wokalistka, która może wzbudzić strach u piosenkarek z dłuższym stażem. Miałem nadzieję, że dostaniemy do rąk coś spektakularnego. Niestety Betty Who zawiodła moje oczekiwania i wydała album przeciętny, który ma swoje dobre strony, ale jest ich stanowczo za mało.
Bardzo cenię artystów, którzy wkładają coś od siebie do numerów, które wykonują. Jessica współtworzyła każdy tekst pojawiający się w kompozycjach. Słychać, że ma oparcie wśród innych producentów oraz tekściarzy, co jest miłym uczuciem w czasach, gdy każdy może odnieść komercyjny sukces zatrudniając topowe producenckie nazwiska do stworzenia swoich kawałków. Who jednak postanawia również tworzyć sama, nie chce być uzależniona od tekściarzy niczym największe rozkapryszone gwiazdki. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet największe starania na Take Me When You Go zostały zaprzepaszczone. Album jest po prostu przewidywalny, nużący i nudny. Betty Who, razem z innymi muzykami, miała pomysł na parę dobrych numerów, które brzmią po prostu świetnie. Boli fakt, że zostały one wymieszane razem z kawałkami nijakimi. Lepiej byłoby, gdyby do sprzedaży trafiła EP-ka wyłącznie z numerami wartymi uwagi.
Krążek rozpoczyna się bardzo przyjemnym Just Like Me. Nie jest to kompozycja, która zaskakuje oryginalnością, ale bardzo miło się jej słucha i idealnie wprowadza w całość. Dalej możemy zapoznać się ze świetnymi numerami Glory Days oraz High Society utrzymane w synthpopowym klimacie. Jeszcze dalej usłyszymy dobrze znane Somebody Loves You, poruszające Better oraz staro-szkolne A Night to Remember. Do tych kilku numerów będę wracał z niezwykłą przyjemnością. Cały potencjał został zmarnowany pozostałymi kompozycjami, które kopiują patenty z wcześniej wspomnianych kawałków. Po prostu producenci wyczerpali się z pomysłów i upchali na płycie numery, które u innych wykonawców zapewne byłyby odrzutami. Jedną z takich kompozycji jest Heartbreak Dream – bardzo toporny utwór ciągnący się przeraźliwie długo. Po świetnym Better pojawia się nijakie All of You, które mimo że nawet przyjemnie się słucha, to jest typowym albumowym zapychaczem. Reszta kawałków umyka gdzieś niespodziewanie i bardzo szybko się o nich zapomina.
Jestem rozczarowany debiutanckim wydawnictwem Betty Who. Piosenkarka ma bardzo dobry głos, co pokazuje podczas występów na żywo, ale jej potencjał na Take Me When You Go został najzwyklej w świecie zmarnowany. Jessica na pierwszej płycie przedstawiła kilka dobrych numerów, z którymi warto się zapoznać otoczonych przez masę nuty. Nic ponadto, niestety.


