Besides – Everything Is (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Besides to stosunkowo świeża gwiazda na firmamencie muzycznym, ale już zdążyła podbić serca milionów Polaków. Znacie ich z ósmej edycji popularnego talent show – Must Be The Music. Tak – to właśnie ci niepozorni panowie zgarnęli nagrodę główną. Ich debiutancki album We Were So Wrong błyskawicznie zyskał uznanie zarówno krytyki jak i publiczności, ale my zajmiemy się krążkiem Everything Is, który właśnie w tej chwili pojawia się na półkach sklepowych.

Wydawnictwo otwiera refleksyjna, choć nie pozbawiona pazura singlowa kompozycja Of Joy. Jeśli chodzi o wprowadzenie w muzyczny świat utkany dźwiękami Besides, wybór trafniejszy chyba być nie mógł. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam ten kawałek miałam w głowie tylko jeden obraz – świt. Muzycy okazują się być fantastycznymi pejzażystami i podobnie jak pierwsze chmury wydają się pryskać na niebo z jednego punktu, tak i dźwięk wydobywa sie tutaj z jednego, niewyraźnego miejsca, by stopniowo nabierać rumieńców wraz z rozwojem utworu. To wrażenie nie jest oczywiście przypadkowe, lecz z całą pewnością wypracowane. Kompozycja wychodzi od wysokich, opalizujących i zbliżonych do brzmienia fortepianu nut. Ich natężenie i częstotliwość stopniowo rosną, otwierając drogę mającej niebawem zaatakować nas mocą dźwięku gitarze. Dzięki temu, że wszystko dzieje się tutaj stopniowo, kiedy nareszcie pojawiają się mocne i najeżone gitary, odbierajmy je jako element pewnej konceptualnej harmonii. Jest jasno, wysoko i świetliście. I bardzo blisko do Sigur Ror, co jest dodatkowym plusem, bo dowodzi, że panowie z Besides podchodzą do muzyki poważnie i spoglądają na największych, nie zaś na płotki. Bardzo podobnie został pomyślany utwór Efflorescent i And So I.

Nico inaczej sprawa wygląda w przypadku Fluterring. Utwór rozpoczyna niski, molowy muzyczny epilog. Przez kilka chwil możemy mieć problem z odróżnieniem składników instrumentalnych, jakie się nań składają, bo w przypadku Besides naprawdę trudno jest spojrzeć na muzykę okiem analitycznym – jest konceptualna, przesycona emocjami i w takim muzycznym znaczeniu „onomatopeiczna”. Nie słyszycie gitary, syntezatorów, czy perkusji ale ich doskonały mariaż, który brzmi jak szumiący, senny las, nie poszczególne sekcje instrumentalne. Taka jest charakterystyka nurtu post-rock i panowie z Besides wielkimi literami się weń wpisują. Z szumiących, rozkołysanych dźwięków gitary, którym subtelnie, choć akompaniuje perkusja, pełniąca również rolę rytmizującą, powoli wynurza się muzyczna mapa przestrzeni. Podążamy śladem sennej, molowej gitary wiodącej, który przedziera dla nas zamglone pozostałymi instrumentami ścieżki. Idziemy, narażeni na niepokojąco wzrastającą częstotliwość i natężenie dźwięku w drugiej części kompozycji, puszczając mimo uszu chaotyczne zapętlenia sekcji perkusyjnej i gitar. Czyżbyśmy się zgubili? Ależ nie – z tej mrocznej krainy wyprowadza nas ponownie dźwięk gitary wiodącej, która mieni się czystym brzmieniem. Jesteśmy ocaleni!

Cauterized z kolei jest kompozycją przejmującą, bardzo mocno osadzoną w tonacji molowej i ciążącą brzmieniem. Utwór otwierają co prawda jasne, dźwięczne i bliskie dzwoneczkom nuty, które nieznacznie wznoszą się na pięciolinii ale już w drugiej części tego swoistego epilogu w tle pojawia się niska, posępnie szumiąca gitara, która ostatecznie opanuje całą resztę. Dzięki znacznemu spadkowi tempa i wyborowi niskich, ciężkich i Dość brudnych dźwięków jako elementów dominujących nad całością utwór okazuje się wręcz pętać słuchacza mocą negatywnych emocji. Nie, nie sądźcie, że ta drobniutka elektroniczna wstawka w drugiej części utworu, której towarzyszy marszowy krok perkusji wzniesie się na tyle wysoko, by pchnąć kompozycję na jasne i wysokie tory. Jest blisko – dźwięki rzeczywiście lawirują dosyć wysoko i w dwóch pierwszych częściach ostatniego riffu faktycznie są na dobrej drodze, ale w trzeciej dzięki przekornemu podmienieniu jednego z oczekiwanych dźwięków i zastąpieniu go półtonem, nie dostajemy swojego upragnionego szczęśliwego zakończenia.

 

Dostajemy je dopiero w A Threnody, w które łagodnie zamienia się Cauterized. A przynajmniej pierwszych kilka nut wydaje się nas o tym przekonywać. Z gładkich, kołyszących i pogodnych dźwięków, otwierających utwór bardzo szybko zaczyna jednak kiełkować melancholijna aura. Co więcej, dźwięki te, dzięki temu, że co prawda wzrastają w górę na pięciolinii, ale wzrastają półtonami, otwierają niepokojącą i ciemną przestrzeń muzycznego odbioru. Proszę się jednak nie obawiać – nie taki diabeł straszny, jakim go malują, a z zaklętego półtonowego i posępnego kręgu znów wydziera nas wysoka i przełamująca ciemne fale gitara. To właśnie ona ostatecznie podnosi całą kompozycję i osadza ją w ciężkim, lecz jasnym brzmieniu.

Remained zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się A Threnody. W tym jasnym, delikatnym i ciepłym miejscu, gdzieś bardzo wysoko na pięciolinii. Harmonijną i wdzięczną ścieżka gitary i syntezatorów niemal natychmiast zaburza mocne wejście basu i silnie zaakcentowanej perkusji. To właśnie one ściągają wszystko w dół, zrównując z własnym poziomem. Co prawda w drugiej części utworu pojawia się jeszcze drobny odblask nadmienionej muzycznej jasności ale jak sami wyczuwamy, tylko po to, by jeszcze mocniej rozbić nasze nadzieje i mocnym, niskim basem ponownie wprowadzić nas do krainy cienia i wypluć gdzieś na molowym pustkowiu rozedrganych dźwięków drugiej gitary.

Krążek zamyka mocna, brudna i najeżona agresywnymi basami kompozycja Of Sorrow. To chaotyczne, złożone ze spiętrzonych dźwięków wprowadzenie stopniowo ustępuje miejsca nastrojowej linii zbliżonej w odbiorze do dzwonków, którą doskonale naśladuje gitara i stonowana niemal niedostrzegalnie wypijająca rytm perkusja. Z minuty na minutę natężenie, częstotliwość i spektrum dźwięków coraz bardziej się kurczy pozostawiając nas ostatecznie w ograniczonej z każdej strony po-molowej ciszy. Bez pieśni na ustach.

Post-rock jest gatunkiem dość trudnym, wymagającym solidnego przygotowania technicznego i naprawdę porządnej koncepcji, by nie zgubić się samemu w mnogości dźwięków, melodii i poszczególnych ścieżek instrumentalnych. Panowie z Besides przedzierają się przez ten gąszcz bez większych problemów i, co ważniejsze, wychodzą bez zadraśnięcia! Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że album Everything Is to kawał świetnej roboty (szczególnie w kwestii rozwiązań technicznych i trudnej, opierającej się na instrumentarium a wykluczającej głos linii melodycznej). Warto poznać!

* – ponieważ mamy do czynienia z muzyką instrumentalną, pozwoliłam sobie dodać kategorię „czułość dźwięku” w znaczeniu jego adekwatności, wyważenia, dostrojenia do koncepcji kompozycyjnej.

Czytaj również