Dzisiaj rusza nasz nowy cykl wywiadów Gość w Pigułce. Tym razem każdą środę będziemy mieli dla Was krótki wywiad z artystami mnij znanymi, debiutantami, ale również takimi, którzy na rynku funkcjonują od dawna, jednak do tej pory nie było o nich słychać. Takimi artystami są niewątpliwie Beneficjenci Splendoru, którzy są bohaterami naszego pierwszego wywiadu. Właśnie wydali swoją trzecią płytę. Przeczytajcie krótki wywiad z Marcinem Staniszewskim.
Beneficjenci Splendoru w pigułce
Marta Mrowiec: Kim są Beneficjenci Splendoru?
Marcin Staniszewski: To zespół którego zalążkiem były moje studyjne zabawy solo. Jestem producentem muzycznym i studio jest moim naturalnym środowiskiem. Po kilku latach dłubaniny zdecydowałem się nagrać samodzielnie całą płytę i tak powstał debiut “Trendywaty chłopiec” na którym nagrałem wszystkie instrumenty i napisałem teksty. Zaprosiłem wtedy do współpracy Izę Lamik i gdy trzeba było zacząć grać koncerty, miałem już wokalistkę i basistkę. Potem jeszcze po premierze drugiej płyty dołączył do nas gitarzysta Wojtek Bubak i perkusista Robert Alabrudziński. Tych dwóch ostało się do dziś. Właśnie zagraliśmy pierwszy koncert w tym nowym pomniejszonym składzie i przyszłość rysuje się kolorowo…
Marta Mrowiec: Znalazłeś się rankingu Miasto, Człowiek, Ironia, który zawierał najlepszych polskich tekściarzy wg T-Mobile. skąd czerpiesz inspiracje?
Marcin Staniszewski: Zabrzmi to strasznie banalnie, ale ze zwykłego, prozaicznego życia, z obserwacji tramwajowych, z ulotek rozdawanych przez smutnych ludzi, z murali, z miliarda ton medialnych śmieci, bombardujących mnie każdego dnia. Wchłaniam ten komunikacyjny rynsztok i babram się w nim aż znajdę coś co się fajnie rymuje i ma jakiś sens. A potem to zostaje już tylko cyzelowanie, cyzelowanie, cyzelowanie…
Marta Mrowiec: Bóg, Honor, Mam Talent to już 3 płyta. Jakoś wcześniej nie było o Was głośno. Dlaczego? Poprzednie albumy przeszły bez echa?
Marcin Staniszewski: To jest dobre pytanie, do mojej poprzedniej wytwórni…Sprawa jest zupełnie prozaiczna. Jak zwykle chodzi o kasę. Moja muzyka, nie wiedzieć czemu, jest traktowana, jako trudna muzyka niszowa, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, bo dla mnie to jest pop.W związku z tym za “ niszową muzyką” nie idzie kasa na promocje. Wytwórnia nie zainwestuje czasu i pieniędzy w artystę, który nie sprzeda się tak jak Maryla Rodowicz. Dlatego właśnie najnowszą płytę wydałem sam. No i efekty od razu widać – sam zająłem się promocją i od razu zrobiło się głośniej o Beneficjentach Splendoru.
Marta Mrowiec: Jak można określić muzykę tworzoną przez Beneficjentów używając 3 słów?
Marcin Staniszewski: Obserwacja, analiza, wnioski.
Marta Mrowiec: Debiutowaliście albumem Trendywaty Chłopiec w 2009, co się od tego czasu zmieniło? Wasza muzyka ewaluowała? Idziecie ścieżką obraną na początku czy raczej staracie się dostosować do panujących trendów?
Marcin Staniszewski: Nie słucham muzyki innych artystów, albo robię to bardzo rzadko, gdyż nie mam na to czasu. Nie mam też siły słuchać kolejnych dźwięków po całym dniu pracy w studio. Dlatego nie mam nawet jak się inspirować innymi artystami. Poza tym zawsze miałem ideę robienia muzyki, która do niczego nie jest podobna, bo tylko wtedy to ma sens. Nie rozumiem jak można nagrywać muzykę, która już została przez kogoś “wymyślona”, jak można grać w “jakimś stylu”. Absurd. To tak jakby malarz tworzył dzieła za pomocą kalkowania i się tym jarał…Co do zmian – zmieniło się sporo. Przede wszystkim jestem dziś znacznie lepszym producentem, więc jakościowo ta nowa płyta jest na wyższym poziomie niż debiut. Poza tym odkąd pojawił się zespół wspierający mnie na żywo, do nagrań przeniknęło trochę koncertowej energii. Część piosenek sprawdzamy na koncertach, zanim zostaną ostatecznie nagrane i to ma wpływ na aranże i formę. Moja muzyka wydaje mi się dziś surowsza, bardziej zwarta (“Mięso armatnie”) , ale też chwilami znacznie bardziej eksperymentalna (“Po chłodnej stronie poduszki”). Tak czy siak podoba mi się. Nie ma wstydu gdy patrzę w lustro.
Marta Mrowiec: Występowaliście na Off Festivalu, jak wspominacie tamten występ? A obecnie gdzie Was można usłyszeć?
Marcin Staniszewski: Off Festival to był prawdziwy obóz przetrwania. Ogromny festiwal, mnóstwo ludzi i tak naprawdę nasz pierwszy koncert, bo wcześniej zagraliśmy tylko w jakimś domu kultury na rozruch i w małej knajpce. Także stres był straszliwy. Poza tym setup nie do końca sprawdzony, mega skomplikowane wszystko i mało brakowało a byłby przypał stulecia bo z tej całej presji o mało co nie zemdlałem podczas występu. Nie wziąłem pod uwagę , że będziemy grali w namiocie, przy temperaturze 34 stopni. A ja ubrany w ten swój gajerek pod samą szyję. No ale poszło chyba dobrze bo po koncercie obcy ludzie do nas podchodzili zachwyceni i zebraliśmy głównie pochlebne recenzje. Obecnie planujemy zimowo-wiosenną trasę i mam nadzieję, że uda nam się zawitać do większych polskich miast w najbliższym czasie.
Marta Mrowiec: Jakiej płyty w tym roku słuchaliście z wypiekami na twarzy? Możecie wskazać najlepszą płytę tego roku Waszym zdaniem?
Marcin Staniszewski: Jak wspominałem, praktycznie nie słucham muzyki, ale wśród tych kilku pozycji, które w tym roku wpadły mi w ręce szczególnie przypadł mi do gustu King Krule. Jest prawda w tym głosie. Podoba mi się też prostota ich kompozycji. Mało dźwięków, ale wszystkie na swoim miejscu.


