Bednarek – Oddycham… (2015), recenzja Dominiki Konaszewskiej

Na nowe wydawnictwo Kamila Bednarka musieliśmy czekać prawie trzy lata. W tym czasie płyta jestem… zdążyła pokryć się diamentem i wzbogacić się o wydany w 2013 roku suplement. Jednak to wciąż mało dla zdolnego wokalisty z Lipek, w którego sercu grają rytmy reggae. Już dzisiaj swoją premierę ma nowy krążek o tytule Oddycham…. Czy powtórzy sukces poprzedniej płyty? Może być różnie.

Od występu w polskiej edycji Mam Talent, życie Kamila zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, to pewne. Ciągłe życie w trasie po całej Polsce go męczyło, miał chwilę załamania, o czym sam mówił. Spadło to na niego niespodziewanie – całe uwielbienie młodego pokolenia w jednej chwili skupiło się na jego osobie, ale sobie poradził. Pomimo kilku personalnych zawirowań w trakcie ostatnich kilku lat – mówię tu o rozpadzie formacji StarGuardMuffin – Kamil się nie poddał i jest lepszy niż kiedyś. Potwierdził to swoim pierwszym albumem pod szyldem Bednarek. Nastał czas na drugą płytę, która w dużej części została nagrana w Tuff Gong Studio na Jamajce, czyli studiu nagraniowym Boba Marleya.

Już na Woodstockowej scenie w zeszłym roku mogliśmy usłyszeć pierwszy kawałek zapowiadający Oddycham…, czyli Chwile jak te, nagrane wspólnie z przyjacielem Kamila, Staffem, który pojawia się również i na tej płycie w innym utworze. Nikt nie wiedział, czego tak naprawdę się spodziewać, gdyż numer ten był połączeniem wszystkiego, co muzyka Kamila dotychczas w sobie posiadała – rootsu, ska i innych odmian reggae, które Kamilowi nie były obce. Tekst wydawał mi się idealnym podsumowaniem tego, co w życiu Bednarka się zdarzyło; wszystkich chwil, których nigdy by się nie spodziewał, a które nadały wszystkiemu sens i które często są niezapomniane ze względu na swą wyjątkowość. Czy Oddycham… jest równie wyjątkowe, co jego poprzednik? Nie jestem przekonana.

Ten krążek to kolejna dawka pozytywnej energii, w którą wplątane są rootsowe kawałki idealne do różnych przemyśleń i odstresowania się. To nie tylko piosenki o miłości, ale o pozytywnym nastawieniu do życia, o marzeniach i ich spełnianiu. Sam Kamil stwierdził, że Oddycham… jest swoistego rodzaju dziennikiem z ostatnich trzech lat. To zdecydowanie słychać.

Pierwszym numerem jest Sailing, które zostało również kolejnym singlem. Z początku utwór ten kompletnie nie pasował mi na otwarcie całego albumu, zabrakło mi takiego intro, jak przy Think About Tomorrow, jednak przy kolejnym przesłuchaniu nie miałam już tego odczucia. Wszystko ze sobą idealnie współgra, nie ma do czego się przyczepić. Za to przy numerze dwa, to znaczy Euforii, nagranej ze wcześniej wspomnianym Staffem, jest już trochę inaczej. Choć jest to kawałek podobny do poprzednich w duecie z tym raperem i zapewne będzie wulkanem energii na koncertach, to jednak jest dla mnie najsłabszym numerem z całej płyty. Nieco przewidywalny, nic zaskakującego. Typowy numer koncertowy. Czegoś brakuje również przy Up & Here, energetycznym utworze, który będzie bujał publiką na koncertach, zrywając ich do skoków, jednak… No właśnie.

Z kolei Spragniony… jest dla mnie świetnym odzwierciedleniem Bednarkowego rootsu. Lirycznie wszystko się pięknie zgadza, smyczki w tle dodają emocji, których tu nie brakuje. Takiego Kamila lubię. Szczerego, prawdziwego, nie bojącego się swych uczuć. Czuje każde słowo, które śpiewa i to się słyszy.

Jamajskie klimaty czuć najbardziej w Real Ting, z legendarnym Juniorem Kellym, choć muszę przyznać, że panuje tu lekki bałagan i za dużo jest wszystkiego. Jeśli chodzi zaś o Światło, to jest to prawdopodobnie jeden z lepszych numerów na tej płycie. Elementy ska sprawiają, że nogi same chcą skakać w rytm muzyki, a tekst jest niezwykle dojrzały.

Thinkin Twice to kolejna perełka z Oddycham…. Energia tego numeru porusza całym ciałem, wszystko się klei, nic nie przeszkadza, niczego nie jest za dużo. Sekcja dęta genialnie wpasowuje się w całość i dopełnia brzmienie klawiszy w przejściach. Jednak moim absolutnym numerem jeden jest Uciekam w słowa, które przypomina mi połączenie Ciszy i Chodź, ucieknijmy… z poprzedniego albumu, będących moimi faworytami z całej twórczości Kamila (mówię o twórczości już jako Bednarek, nie jako SGM). Jest idealnym wyciszeniem całej energii zawartej w albumie i świetnie wyrównuje tempo płyty. Nie pozostaje nic innego, tylko zamknąć oczy i dać się porwać smyczkom i niezwykle wyważonemu głosowi Kamila.

Top Music Wembley 2015, fot. Bartek Furdal Photography

Co tu jeszcze mamy? Dwa duety: Podróż z KaCeZetem, również utrzymane w spokojnym, rootsowym stylu i Good Soul z Alborosiem. Ten drugi przypomina już wcześniejsze numery Kamila, przez co ma się lekkie wrażenie braku różnorodności. Poza tym Leave this town, które kompletnie nie zapadło mi w pamięć.

Płytę zamyka List, którego Kamil jest jedynie pośrednikiem, bowiem ów list został napisany przez tatę Kamila dla jego mamy. I o ile tekst jest poruszający, to w muzyce jest wszystkiego za dużo, co przeszkadza w odbiorze słów. Gdyby melodia była bardziej stonowana, coś na kształt Uciekam w słowa, utwór byłby bardziej emocjonalny.

Cóż mogę rzec. Po Bednarku, którego osobiście uwielbiam całym sercem, o czym świadczy ilość koncertów, na jakich byłam, czy chociażby tatuaż „jestem…” na moim prawym nadgarstku spodziewałam się… o wiele więcej. Owszem płyta jest świetna, głos Kamila brzmi idealnie, jednak całościowo nie rzuciła mnie ona na kolana tak jak poprzednie jestem…, które było i jest dla mnie perełką polskiej muzyki, nie tylko reggae. To wciąż ten sam Kamil, z tą samą pozytywną energią, którą zaraża ludzi na każdym kroku, na każdym koncercie, ale po trzech latach i po doświadczeniach, jakie zbierał przez ten okres czasu, a także po poprzedniej płycie postawiłam mu wysoko poprzeczkę.

I czuję trochę niedosyt.

Czytaj również