Bebe Rexha – All Your Fault: Pt. 2 (2017), recenzja Pawła Markiewicza

0
235

It’s really cool, because each record is so different from the others.” – to jedne z wielu słów, jakimi Bebe Rexha w wywiadzie dla Entertainment Weekly, określiła drugą część projektu muzycznego All Your Fault. Trzeba przyznać, że EPka jest naprawdę zróżnicowana muzycznie, dodatkowo wydaje się być bardziej dojrzała lirycznie, ale czy prezentuje wyższy poziom od jej poprzedniczki?

Pierwsza część All Your Fault pokazała potencjał, jaki drzemie w tej młodej, uzdolnionej wokalistce. Artystka nakreśliła słuchaczom szlak, jakim ma zamiar podążać przez najbliższe lata. Udało jej się sprytnie połączyć ciężkie hiphopowe brzmienia z muzyką popularną. Zaprosiła dwóch dobrych gości, którzy idealnie z Nią współgrali, podnieśli poziom płyty i dodali jej „niegrzecznego” klimatu.

Druga płyta w pewnym stopniu jest odskocznią od tego, co zaserwowała nam Bebe w pierwszej części. Na All Your Fault: Pt. 2 składa się pop, trochę hiphopu i dance’u. Taka mieszanka nie zadziałała na korzyść Rexhy i mini-album brzmi jak worek, do którego trafiły przeciętne piosenki. Choć fani wiedzą, że artystka ma w zanadrzu potężny asortyment.

That’s it tworzy piękne przejście pomiędzy częścią pierwszą, a drugą. Przypomnijmy, że AYF: Pt. 1 kończy się się rapowym klimatem, a Pt. 2 zaczyna. Utwór, pomimo, że nie posiada zbytnio zróżnicowanej warstwy muzycznej, jest jednostajny rytmicznie i monotonny, intryguje. Intryguje, ponieważ Bebe Rexha pokazuje możliwości „raperskie”, które w połączeniu z dwójką gości zlewają się. Solowe That’s It byłoby o niebo lepsze.

Bebe jest niegrzeczną dziewczyną, która za sprawą swojego wyrobionego, „brudnego” warsztatu lirycznego, nadaje dodatkowej „mocy” każdemu utworowi. Taki pazur możemy usłyszeć we wspomnianym wyżej That’s It i w następnym I Got Time. Jednak w odróżneniu od poprzedniego wydawnictwa, ta „pikantność” została zniszczona przez monotonną, nużącą warstwę muzyczną, która psuje odbiór płyty i produkcję, która wbija ostatni gwóźdź do trumny.

I do what I wanna
I run up the cosmos
We mix marijuana with a cup of liquor
All my friends are monsters
I don’t need no sponsors
Spend this money now ’cause I might not be here tomorrow

Po I Got Time można postawić grubą kreskę i oddzielić hiphopowe brzmienia od popu dance’u i dancehall’u. W dalszej części materiału możemy natknąć się na moment, w którym Bebe, w dość zabawny i przeciętny pod kątem muzyczny sposób, pokazuje środkowy palec showbiznesowi (The Way I Are (Dance With Somebody)). To piosenka, do której trzeba podejść z dystansem i pomimo średniej oryginalności, cholernie zapada w głowie. Podobnie jak taneczne i dobrze wyprodukowane (Not)The One i Comfortable, w których Bebe zaczyna bawić się innymi gatunkami muzycznymi niż dotychczas. Te dwie kompozycje, to czarne konie na EPce i któraś z nich powinna zostać kolejnym singlem.

Jeżeli miałbym wybierać pomiędzy Pt. 1 a Pt. 2 to zdecydowanie, bez zawachania postawiłbym na pierwszą opcję. W pierwszej części można było wyczuć świeżość i potencjał. W drugiej natomiast Bebe ruszyła utartymi ścieżkami. W niektórych utworach zniszczyła ją produkcja. W pozostałych poznaliśmy jej kolejną twarz. Pomimo to dalej pokładam nadzieję w Rexhie i wiem, że ta charakterna dziewczyna nie jest produktem, który przepadnie wśród gwiazdek. Czekam na debiutancki longplay!