Bebe Rexha – All Your Fault: Pt. 1 (2017), recenzja Pawła Markiewicza

0
248

Na początku była szarą, niezauważaną przez świat, myszką. Później zaczęła obracać się wokół odpowiednich osób i teraz jest. Pewna siebie, lekko wyzywająca i odważna Bebe Rexha. Artystka, która zawiodła swoich fanów jeszcze nie wydając płyty. Artystka, której wytwórnia zdecydowała się podzielić longplay na dwie EPki.

Całe szczęście, że materiał na All Your Fault Pt. 1 nie jest najgorszy. Długo czekałem na debiutancki album Bebe Rexhy i dostałem jedynie sześć piosenek. Na minialbumie usłyszymy dwójkę gości – G-Eazy’ego i Ty Dolla $ign, singiel I Got U, który spotkał się z pozytywnym (i bardzo dobrze) odbiorem oraz trzy premierowe kompozycje.

Cieszy mnie, że Bebe na płycie pokazała swoje dwie strony – tą wrażliwą w Atmosphere i tą bardziej „Bad Bitch” w kawałku o takim tytule. Pierwsza kompozycja zaskakuje. Wyraźne zmiany tempa, dobra produkcja i muzyka – niby popowa, ale jednak trochę elektroniczna. Rexha rapuje i, trzeba przyznać, nie wychodzi jej to źle. Przedrefren i refren to znaczne spowolnienie. Zmiana tempa działa na plus większości kompozycji, tak się stało i tutaj.

Artystka przyzwyczaiła nas do dobrych, komercyjnych tekstów, które momentami są trochę niegrzeczne i kobiece. Wystarczy wspomnieć All Hands on DeckTinashe czy TeamIggy Azalei. To samo jest na All Your Fault Pt. 1. Spójrzmy na wspomniane wyżej Bad Bitch z Ty Dolla $ign i F.F.F., które powstało z G-Eazym. Nie oszukujmy się. Nie jest to poezja. Nie znajdziemy tu metaforyki na poziomie Adele, ale te teksty w swojej kategorii są dobre. Poza tym ta ostatnia przeze mnie wymieniona kolaboracja to chyba najlepsze, co spotkałem na krążku. Po pierwszym odsłuchaniu A.Y.F. zapamiętałem tylko Fuck Fake Friends (później zaskoczyła u mnie reszta materiału). Piosenka skończona. Przemyślana od A do Z i co najważniejsze, G-Eazy nie pojawia się na chwile by po tej chwili zniknąć. Możemy usłyszeć jego krótkie, ale jednak, wstawki.

And I can’t blame myself
For getting lost inside the promise of you
And I can’t blame you leaving
'Cause what’s meant to be will always be true

Widać, że wytwórni zależało na odpowiednim brzmieniu krążka. Bebe na tle całego albumu wypada trochę jak czarna wokalistka. Piosenkarka otrzymała jednych z lepszych producentów w swoim fachu – The Invisible Men i Stargate. Jedynym kontrastem dla całego krążka jest popowo-dance’owe I Got You, które okazało się dość trafnym wyborem na singiel. Dziwi mnie, że ta kompozycja nie odniosła większego sukcesu. Ma wszystko czego potrzebuje hit, ale zabrakło mu chyba odpowiednio wielkiej promocji.

Bebe ma dość specyficzną i oryginalną barwę głosu. Wydaje mi się, że wokal Rexhy można tylko lubić. Nie należy do tych irytujących i denerwujących. Słucha się jej przyjemnie, pomimo, że czasami brzmi jakby się jej nie chciało śpiewać. Anyway, to jeden z najbardziej intrygujących i świeżych wokali jakie przyszło mi słyszeć przez ostatnie kilka miesięcy.

Płycie brakuje jeszcze trochę do perfekcji, ale Bebe obrała sobie dobrą ścieżkę i myślę, że krocząc nią ugra dużo na rynku muzycznym. Jedyne co pozostało, to czekanie na drugą część. Jak to się mówi „apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc czekamy na kolejną dawkę muzyki Rexha!