Jeśli szukacie płyty, która rozjaśni pochmurne niebo w tę okrutną porę roku, to trafiliście pod dobry adres. Jeśli szukacie płyty pełnej muzycznego szaleństwa i niczym niestłumionej dzikości, to adres przez was wybrany jest tym właściwym. Przed wami Bajzel ze swoim amOKiem!
Piotr Piasecki kryjący się pod pseudonimem Bajzel to muzyk, wokalista, tekściarz urodzony w Świnoujściu. Od 2010 roku był on członkiem zespołu Pogodno. Obecnie, prócz kariery solowej, tworzy wraz z Jackiem Budyniem Szymkiewiczem duet Babu Król. Jednakże najważniejszym faktem w muzycznej biografii artysty jest to, o czym już wspomniałem, ale nie zaznaczyłem dość wyraźnie – jest on przede wszystkim muzykiem solowym i to właśnie owocu jego solowej działalności mamy okazję posmakować – jest to owoc niezwykle soczysty i intensywny.
amOK zaczyna się dość niespodziewanie – oto słyszymy utwór inspirowany twórczością Fela Kutiego (Nigeryjczyka uznawanego za twórcę afrobeatu), który łączy w sobie owe źródło z brzmieniami bardzo współczesnymi – wychodzi nam z tego połączenia utwór lekki i bardzo radosny, ale właśnie takiego efektu można było się spodziewać. Tuż po nim, cóż za stylistyczny rozmach, przenosimy się do mroźnej Skandynawii. sWeDish pOP – nie trzeba wyjaśniać, gdzie natchnienia szukał autor – jest zdecydowanie jednym z najlepszych utworów na krążku. Rozwiązania wokalne idealnie współgrają tutaj z gitarowym riffem, ale najlepsze artysta zostawia nam na koniec – to ten rewelacyjny moment, gdy słyszymy intensywny bas, perkusję, a wszystko dopełnia beztroska melodyjka. Naprawdę lepszego rozwiązania nie można było przyjąć.
Nie zwalniamy tempa – BoLeRo baJzeLa. Jest to kolejny utwór kandydujący od miana tego najlepszego. Oto co zrobił Bajzel: zaczął sielankowo, z fletem w tle, utwór zaczął się nawarstwiać, rosnąć, piękna linia melodyczna kołysze przez cały czas, smyczki dodają napięcia, nagle wyciszenie i powrót do tempa sprzed kilkudziesięciu sekund, ale tutaj słyszymy jeszcze opętańcze krzyki – demoniczny nastrój dodatkowym atutem! A kolejny piLL Grim jest w tym miejscu chyba dla rozluźnienia – mam wrażenie, że to taki hołd dla dobrze napisanych piosenek, tych lekkich, przyjemnych, ale równocześnie bezpretensjonalnych, niegłupich i pozwalających uwolnić energię.
Pod numerem piątym znajdziemy utwór fAUl. Jest to kompozycja płynąca spokojnie, leniwie i mam wrażenie, że po tych czterech pierwszych propozycjach, ta jest idealna na rozładowanie tempa. No ale niestety muszą przyjść i takie momenty, gdy coś nie zagra tak jak trzeba. Na amOKu tym momentem jest blOOd. O ile elektronika, nieoczywisty rytm brzmią w tym miejscu naprawdę ciekawie, to wokal, szczególnie ten w zwrotkach, razi, a zagrywka na flecie jest dla mnie po prostu kompletnie niezrozumiała. Na szczęście kolejny sLaVe ratuje sytuację, bo to kolejna propozycja na rozładowanie. Pozostały dwa utwory – nAtURaLLy sAd oraz Komeda. Ten pierwszy urzekł mnie pewnym chwytem. Mianowicie: od samego początku słyszymy smyczki, całość jest ogólnie nasycona, bas wyraźny, ale w pewnym momencie wszystko staje i zostaje nam tylko czysta gitara i wokal – bardzo zmyślny to zabieg. Na pożegnanie Komeda i jest to iście piękne pożegnanie. Szum fal, subtelny szept, linia melodyczna, która sama płynie, piękny, choć smutny, tekst – Kołysanka Rosemary, nieprawdaż? Tak, to najlepszy moment na tej płycie.
amOK jest w pewnym stopniu przekrojem inspiracji Piotra Piaseckiego. To bardzo miło z jego strony, że chce się nimi z nami dzielić, bo naprawdę warto. Warto wsłuchać się w tę płytę, warto ją zapętlić. Warto też czasem przysiąść i podumać, ale i czasem potupać nóżką. Takie płyty są ważne, bo one nie owijają niczego w bawełnę i nie próbują nam, mówiąc brzydko, wcisnąć kitu. Za tę szczerość – czapki z głów.

