W ciągu niecałych trzech lat The Faim z mało znanego, lokalnego zespołu z australijskiego Perth stali się popularną na pop-punkowej scenie grupą posiadającą kontrakt z dużą wytwórnią, koncertującą na całym świecie i gotową na wydanie debiutanckiego albumu, State of Mind.
O przyspieszonej drodze do międzynarodowego sukcesu, występie w polskiej telewizji oraz wiecznym niewyspaniu opowiadają Stephen Beerkens, basista i klawiszowiec, oraz Linden Marissen, perkusista.
Izabela Zadura: Wystąpiliście dzisiaj w polskiej telewizji [Dzień Dobry TVN]. Jak było?
Linden Marissen: To była prawdziwa przygoda. Musieliśmy być na miejscu z samego rana, strasznie niewyspani. Nigdy przedtem nie byłem w telewizji, więc fajnie było zobaczyć, jak powstają kolejne segmenty, przychodzą goście, jak przygotowywane są fryzury i makijaż. W pewnym momencie w ogóle nie można rozmawiać ani hałasować. To było ciekawe doświadczenie. Nasz występ też był udany, ale ja akurat nie brałem w nim udziału.
Stephen Beerkens: To nasza pierwsza wizyta w Polsce, więc niesamowicie jest trafić prosto do telewizji i zobaczyć od środka, jak to wszystko działa.
IZ: A więc nigdy wcześniej nie byliście w tej części Europy?
Stephen: Nie!
Linden: To dla nas niezbadane terytoria.
IZ: Jesteście żywym dowodem na to, że warto ryzykować. Kiedy odpowiadaliście na ogłoszenie producenta Johna Feldmanna, który poszukiwał nowych zespołów, czy spodziewaliście się, że cokolwiek z tego wyniknie?
Stephen: Po wysłaniu maila praktycznie zapomnieliśmy o sprawie. Nawet nie marzyliśmy o tym, że John Feldmann nam odpowie, ponieważ nie mieliśmy doświadczenia, na którym mu zależało; nigdy nie graliśmy nawet koncertu poza naszym rodzinnym miastem, Perth. Mimo to John się do nas odezwał – to było w sierpniu 2016. Od tamtej pory bardzo ciężko pracowaliśmy na to, żeby móc dzisiaj być w Polsce.
IZ: Jak wyglądała Wasza pierwsza sesja nagraniowa w profesjonalnym studio?
Linden: Wydaje mi się, że inaczej dla każdego z nas. Ja jestem w zespole zaledwie od stycznia, a Stephen jest już do tego przyzwyczajony. Czułem się jak wrzucony na głęboką wodę. Wszystko działo się bardzo szybko, wszystko musiało wychodzić idealnie lub prawie idealnie za pierwszym lub drugim podejściem. To było bardzo intensywne. Oczekiwania są wysokie, ale z drugiej strony ta presja sprawia, że bardziej się starasz i jesteś lepszy.
Stephen: Ja odniosłem podobne wrażenie. Zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę. Wcześniej już oczywiście nagrywaliśmy, ale w profesjonalnym środowisku z dużą dawką presji jest zupełnie inaczej. Wszystko jest nowe i trzeba bardzo ciężko pracować od samego początku, pisząc i nagrywając dwie piosenki dziennie. Wstajesz rano, zbierasz pomysły, przynosisz je do studia, nagrywasz, piszesz kolejną piosenkę, nagrywasz, wracasz do domu, śpisz, i znów trzeba wracać do studia. To było szalone przeżycie, ale przygotowało nas na wszystko, co działo się od tamtej pory.
IZ: W pracy nad albumem pomagali Wam między innymi Pete Wentz (Fall Out Boy), Mark Hoppus (blink-182), Josh Dun (Twenty One Pilots) i Ashton Irwin (5 Seconds of Summer). Czy przebywanie z nimi w jednym pomieszczeniu było onieśmielające?
Stephen: Podczas pracy nad utworami każdy wniósł coś od siebie. Jasne, że cieszyła nas możliwość spotkania artystów, których muzyki od dawna słuchamy. Ale kiedy już znajdujesz się z tymi ludźmi w studio, każdy chce tworzyć muzykę, i to jest nasz wspólny cel. Można z tego wiele wynieść na przyszłość.
IZ: W ciągu ostatnich kilku lat dużo czasu spędziliście w trasie. Co Wam się podoba w takim stylu życia, a co nie?
Linden: Ekscytująca jest możliwość podróżowania i zwiedzania świata. Zanim dołączyłem do zespołu nigdy nie spodziewałem się, że trafię do Polski, a dzisiaj tu jestem. Wadą jest fakt, że cały czas jestem w drodze, ciągle daleko od przyjaciół i rodziny, nigdzie nie zatrzymuję się na dłużej. Fizycznie też bywa to dość męczące.
Stephen: Najbardziej dokucza nam brak snu. Takie momenty trzeba po prostu przetrwać i wzajemnie się wspierać. Poczucie koleżeństwa i wspólnoty to kolejna świetna rzecz w byciu w trasie.
IZ: Czy były takie koncerty, które na zawsze zostaną w Waszej pamięci?
Stephen: Miejmy nadzieję, że ten w Polsce będzie najbardziej warty zapamiętania!
Linden: Dla mnie takim koncertem był nasz występ na festiwalu Reading. To było szalone, nigdy wcześniej nie grałem dla takiego tłumu. Wszyscy świetnie sobie poradziliśmy, byliśmy bardzo zgrani. To wspomnienie zostanie ze mną na długo.
IZ: No właśnie, a jak dogadujecie się między sobą? Jest jakaś specjalna chemia?
Linden: Och, nie znosimy się nawzajem.
Stephen: Zero chemii. Ten wywiad to nasza pierwsza interakcja od tygodnia (śmiech). Tak naprawdę bardzo dobrze się dogadujemy.
Linden: Nie mamy wyjścia.
Stephen: To prawda. Naprawdę mamy szczęście mieć świetny zespół i ekipę, bo bardzo dużo podróżujemy. Spędzamy razem w trasie jakieś siedem ósmych roku.
Linden: Precyzyjne obliczenia…
Stephen: Chciałem powiedzieć trzy czwarte, ale to na pewno więcej niż trzy czwarte. Czasem mamy kilka tygodni wolnego w ciągu roku i to wszystko. Nie mamy więc wyjścia i musimy dogadywać się z ludźmi, z którymi spędzamy aż tyle czasu. My się wzajemnie wspieramy i wszyscy gramy do jednej bramki.
IZ: Wasz nowy album, State of Mind, ukaże się już 13 września. Co możecie mi o nim zdradzić?
Linden: Wszystko, co wypuściliśmy do tej pory, było bardzo różnorodne, i na naszym albumie będzie tak samo. Zahaczamy o wiele gatunków, każda piosenka jest inna. Nie chcę za dużo ujawnić, ale spodziewajcie się szerokiej gamy dźwięków.
IZ: Jakie są Wasze ulubione utwory na nowym albumie?
Linden: Jak dla mnie State of Mind i Buying Time.
Stephen: Dla mnie też State of Mind, oraz Tongue Tied.
IZ: Na koniec: czy macie jakieś rady dla młodych zespołów, które chcą zaistnieć w świecie wielkiej muzyki?
Linden: Bądźcie gotowi na ciężką pracę. Nie na to, co wam wydaje się ciężką pracą, ale na poświęcenie dosłownie każdej sekundy każdego dnia na dążenie do celu, inaczej się nie uda. Jest tylu ludzi, którzy próbują spełnić to samo marzenie. Jeśli nie będziecie pracować nad tym bez wysiłku, do niczego nie dojdziecie.


