Bad Religion – Christmas Songs (2013), recenzja Bartłomieja Gozdka

Bad Religion powstało w Los Angeles  w 1979 roku, a swój pierwszy album, How Could Hell Be Any Worse? wydało trzy lata później. Zaczynali jako zespół czysto punkowy, jednak około roku 1986 włączyli się do nurtu kalifornijskiego punku – opierającego się na prostych harmoniach, melodyjnego podgatunku zdefiniowanego przez takie zespoły jak The Offspring czy Pennywise. Od tego czasu, aż do dziś, niewiele zmieniło się w brzmieniu grupy. Każdy kolejny album to powtórka z rozrywki ale Bad Religion to zespół czysto rozrywkowy więc niekoniecznie mogę mieć im za złe używanie tej samej, sprawdzonej, formuły na energetyzujące i pozytywnie  nastrajające kawałki. Tym razem jednak posunęli się za daleko, używając starej sprawdzonej formuły do coverowania starych sprawdzonych kawałków.

Świąteczny szał zaczyna się długo przed świętami. Zaraz po Wszystkich Świętych galerie handlowe, telewizja, radio, internet i generalnie media jako ogół, zaczynają bombardować nas reklamami, kolędami i odzianym na czerwono grubasem z białą brodą. Tym atrakcjom nie może niestety oprzeć się masa zespołów, które na fali świątecznego hype’u wydają wszelkiej maści cover albumy z kolędami. Bad Religion jako zespół, który tak nazwą jak i logiem zespołu deklaruje niechęć do religii z jakiegoś powodu postanowiło nagrać swoją własną interpretację znanych amerykańskich piosenek świątecznych. Może miało to być ironiczne, a może chłopaki po prostu uwielbiają Boże Narodzenie. Tak czy inaczej, wyszło im to miernie. Całe szczęście, że wydawnictwo jest krótkie, bo niespełna 20-minutowe.

Album to kolekcja klasyki świątecznych kawałków, ubranych w nieco mniej odświętne szaty. Zagranie znanych kolęd na przesterze to nic nowego ani odkrywczego, szczególnie w wydaniu które serwuje Bad Religion. Utwory mniej więcej odpowiadają długością swoim protoplastom, a melodycznie praktycznie nie odbiegają od oryginałów. Brzmi to tak, jakby zespół znalazł szkolny śpiewnik w edycji świątecznej i stwierdził, że nie istnieje nic doskonalszego i trzeba to zostawić w niezmienionej formie. Od pierwszego utworu na płycie Hark! The Herald Angels sing po przedostatni Angels we Have Heard On High jesteśmy raczeni prostym przeniesieniem kolęd w realia kalifornijskiego punku. Bez polotu, bez dodawania niczego, poza nieporywającymi, krótkimi solówkami. Tym do czego nie mogę się przyczepić jest tracklista, a i to tylko dlatego że mieszkam w Polsce a nie w Stanach. Kawałków wybranych przez zespół nie słyszy się tak często w polskich stacjach radiowych i nie jesteśmy atakowani nimi na co dzień w galeriach handlowych (a pracuję w jednej, więc wiem co mówię) i nie gryzą mnie w uszy tak jak na przykład Last Christmas. Można to zaliczyć na plus, jednak wiem, że każdy utwór na płycie jest sztampowym wiertłem w USA, a ponieważ jestem fanem amerykańskiego kina, to wszystkie kawałki znam już doskonale, więc nawet w tym wypadku płyta niczym nie zaskakuje.

No, może prawie niczym. Ostatnią ścieżką na krążku jest American jesus (Andy Wallace Mix) – świetny kawałek grupy z płyty Recipe For Hate z 1993 roku, który jednak niewiele różni się od oryginału, będąc właściwie tylko zremasterowaną wersją oryginału.

Jeżeli kręcą cię świąteczne piosenki, i jesteś fanem nieskomplikowanego punka w wydaniu Bad Religion, to ten album zdecydowanie jest dla Ciebie. Jak dla mnie to odgrzewany kotlet podany na talerzu, który nie pamięta już czasów swojej świetności. Polska cena oscylująca w granicach 60 złotych wydaje mi się zdecydowanie dość zawyżona jak na album o długości dwudziestu minut. Bad Religion mówi – kierowniku, są święta, rzuć na fajki.

Bad Religion - Christmas Songs

Czytaj również