Awolnation – Here Come the Runts (2018), recenzja Aleksandry Żeleźnik

Panowie z Awolnation szerokiej publiczności dali się poznać za sprawą kompozycji Sail. To właśnie ten utwór sprawił, że twórczość chłopaków z Los Angeles stała się powszechnie znana. W tym roku powrócili z trzecim studyjnym albumem zatytułowanym Here Come the Runts. Czy na wydawnictwie znalazły się hity, które podtrzymają dobrą passę Amerykanów? No cóż… będzie ciężko.

Grupę Awolnation tworzy Aaron Bruno, Isaac Carpenter, Zach Irons, Daniel Saslow oraz Michael Goldman. Zespół na swoim koncie ma dwa albumy studyjne – Megalithic Symphony (2011) oraz Run (2015). To właśnie na nich znalazły się takie hity jak Sail, Run, Woman Woman czy Hollow Moon (Bad Wolf). Panowie postanowili iść za ciosem i po trzech latach intensywnego nagrywania i tworzenia materiału, początkiem lutego bieżącego roku podzielili się z fanami swoim nowym dziełem. Trzecia płyta grupy zatytułowana Here Come the Runts składa się z 14 utworów.

Krążek otwiera piosenka tytułowa, która już od pierwszych sekund zaskakuje. Jednak to melodia, która rozbrzmiała w drugiej części utworu zasługuje na uznanie. Bez wątpienia kompozycja mogłaby zostać użyta w jakimś soundtracku do filmu – sprawdziłaby się idealnie! Z kolei Miracle Man to bardzo żywiołowy, szybki i trochę wykrzyczany kawałek.

W moim odczuciu cały album skradły trzy kompozycje, zupełnie się od siebie różniące. Chodzi o niesamowicie energiczne, pełne dynamiki Passion, które mocnym refrenem z powtarzającą się frazą wpadnie niejednemu w ucho. Pełne melancholii i uczuć, spokojne, wyważone, nostalgiczne Handyman oraz Jealous Buffoon – piosenka petarda. Jest to bez wątpienia najlepsza kompozycja jaka znalazła się na tym albumie! Bardzo charakterystyczna melodia, delikatny głos Aarona i taneczny rytm sprawiają, że trudno przejść koło niej obojętnie. Cudo.




Jednak krążek Here Come the Runts to nie tylko same superlatywy. Niestety, na płycie znalazło się kilka momentów, które niszczą cały obrazek. Tendencja spadkowa zaczyna się mniej więcej w drugiej połowie. To właśnie wtedy słuchacz ma okazje zapoznać się z nużącymi i nic nie wnoszącymi do twórczości grupy kompozycjami My Molasses i Tall, Tall Tale. Taki sam zarzut kieruję w stronę kawałka A Little Luck and a Couple of Dogs, który trwa zaledwie trzydzieści sekund. Miał być fajny przerywnik, niestety coś poszło nie tak.



Z kolei interesującym zagraniem okazała się kompozycja The Buffoon, która jest instrumentalną bardziej mroczniejszą wersją Jealous Buffon. Ciekawie wprowadza w nastrój przed końcem albumu, stopniuje napięcie. Album kończy utwór Stop That Train, który jest najdłuższy – trwa trochę ponad sześć minut. Z punktu widzenia słuchacza – o połowę za długo.

Here Come the Ruts to materiał ciekawy aczkolwiek nierówny. Pośród kilku zbędnych zapełniaczy znajdziemy jednak perełki, które mają potencjał na stanie się globalnymi hitami. Warto zaznaczyć jak wielką pracę wykonał Aaron Bruno pisząc teksty piosenek. Pod tym względem nowy album Awolnation jest cudowny. Jednak to, co razi w ucho to pewien miszmasz i bałagan jaki na płycie się znalazł. Here Come the Ruts to tak naprawdę kopalnia gatunków, znajdziemy na nim wszystko. Czy to źle? Trudno powiedzieć. Po kilkakrotnym przesłuchaniu widać, że artyści mieli na ten bałagan jakąś metodę. Nie zmienia to jednak faktu, że trochę psuje to odbiór. Aczkolwiek bezapelacyjnie pokazuje wszechstronność zespołu.

Podsumowując, trzeci album Awolnation pomimo potknięć oceniam jako dobry. Nie odkrył nic, o czym wcześniej nie mielibyśmy już pojęcia. Panowie grają solidnie, trzymają się wyznaczonej ścieżki. Czy ten krążek pchnie ich karierę do przodu? Nie wydaje mi się.

Czytaj również