Znamy ich z racji jedynego tak naprawdę przeboju, wydanego w 2011, czyli Sail. Utwór ten bardzo często gościł w rozgłośniach radiowych, odniósł spory sukces i jest grany do dziś. 24 kwietnia, po dwóch latach przerwy od ostatniego albumu, do sprzedaży i sieci trafiło najnowsze wydawnictwo od AWOLNATION – Angel Miners & Lightning Riders.

Na wstępie trzeba sobie jasno powiedzieć, że prawdopodobnie gdyby nie wcześniej wspomniane Sail, zespół nie był by tak znany i kojarzony jak ma to miejsce. Zresztą, takie pytanie zadał sam sobie w jednym z ostatnich wywiadów dla Billboard lider grupy, Aaron Bruno. No właśnie, dobre pytanie. Owa myśl towarzyszyła chłopakom przy pracy nad czwartym albumem. Postanowili stworzyć coś, co pozwoliłoby im pokazać się na nowo, jakby wcześniej nic nie osiągnęli (prawdę mówiąc w moim odczuciu i tak wiele nie osiągnęli). Najnowsze wydawnictwo jest zatem połączeniem poprzednich. Zawiera w sobie dużą dawkę elektroniki i energii z Megalithic Symphony i Run, oraz artystyczna duszę z Here Comes the Runts, z dodatkami rockowego pazura.
Krążek tworzy 10 kompozycji, w różnych stylach, elektronika z dodatkiem popu i rocka. Czyli to, na czym zawsze bazowało AWOLNATION w swojej twórczości. Pierwszym z utworów jest The Best, które także było wydane jako pierwszy singiel promujący, w listopadzie ubiegłego roku. Bardzo dynamiczny utwór, podoba mi się takie otwarcie. W refrenach Bruno śpiewa, że chce być najlepszy. Wykrzyczane zdanie przerywane jest szybko przez dźwięki gitary, ciekawy zabieg, wyszedł na plus. Po nim mamy już całkiem inne klimaty, czyli Slam (Angel Miners). Kompozycja typowo elektroniczna, bardzo powolne i hipnotyzujące zwrotki. Refreny nieco żywsze, w tle zapętlona bucząca melodia z syntezatora. Mayday!!! Fiesta Fever, to zdecydowanie jeden z moich faworytów do miana najlepszego na płycie. Od pierwszych dźwięków czuć rockowy pazur i dynamikę. Szybkie partie perkusji na hi-hacie. Dobry bridge między zwrotką, a refrenem. Gościnnie wystąpił w nim Alex Ebert. Kompozycja jest może nieco chaotyczna, ale jest też odzwierciedleniem tytułu i wykrzykników. Z pewnością sprawdzi się w sezonie koncertowym, porywając tłumy, do rockowo tanecznej zabawy.
Dalsza część albumu jest już nieco wolniejsza, niż sam jego początek. Co odzwierciedla utwór Lightnig Riders. Z kolei Halo California Blue, jest utworem bardziej osobistym, gdyż odnosi się do pożaru znanego jako Woolsey Fire, z 2018 roku, w Los Angeles, podczas którego spłonęło studio nagraniowe Aarona Bruno. Interesujący zabieg został zastosowany w refrenach. Chórki śpiewają o oktawę wyżej niż Aaron, co pozwoliło stworzyć unikalny i podniosły klimat. Sam utwór nie jest skomplikowany, ani jakoś specjalnie porywający. Radical, to taka popowo, skoczna ballada. Dużo się tutaj dzieje. Rockowe brzmienia, przeplatane z syntezatorem w stylu disco. Refreny brzmią dla mnie jak w utworach boysbandowych z początku XXI wieku. Do współpracy przy Pacific Coast Highway In The Movies, zespół zaprosił Riversa Cuomo z Weezer. Ich głosy dobrze uzupełniają się w refrenach, tworząc spójną całość i harmoniczne brzmienie. To old-schoolowa ballada o złamanym sercu.
Dwie ostatnie kompozycje to Half Italian i I’m A Wreck. Pierwsza z wymienionych od pierwszych dźwięków przypomina swoim charakterem słynne Sail, tyle, że osadzone w jeszcze mroczniejszym charakterze. Podmiot liryczny próbuje walczyć ze swoimi wewnętrznymi demonami, na co wskazują również wstawki melodyczne, brzmiące jak demony. I’m A Wreck jest utworem bardzo szczerym, może aż do bólu. Jest on także kompletnie od pozostałych utworów na albumie. Zaczyna się od razu i po prostu od delikatnego wokalu z gitarą w tle na lekkim przesterze. Następnie wchodzą delikatnie brzmiące instrumenty smyczkowe, powoli i stopniowo budujące napięcie i dynamikę utworu, tzw. crescendo. Wraz ze wzrostem tempa, dochodzi również perkusja i gitara elektryczna ze skaczącymi wstawkami. Klimat z sekundy na sekundę staje się co raz mroczniejszy, dochodząc do momentu w którym stylistycznie można go przypisać pod metalowe brzmienie. Genialna kompozycja na zakończenie, trzeba przyznać, że to im się udało! Na sam koniec Aaron wypowiada zdanie: „Angel Miners & Lightning Riders”, jakby był po prostu na koncercie i zakończył występ, coś świetnego.
Sam album nie jest może jakiś wybitny, ale pozwala spojrzeć na zespół świeższym spojrzeniem. Zebrane doświadczenie z pracy nad poprzednimi płytami, dało dobry efekt. Na pewno znalazło się tutaj kilka dobrych utworów, które maja szansę nieco bardziej zaistnieć. Kto wie, być może stać się hitem, na miarę wielokrotnie przytaczanego przeze mnie Sail. Tak, wiele razy o nim pisałem, ale cóż, to ich jedyny znany szerzej utwór. Nie mniej jednak widzę światełko w tunelu, i szansę na to, że AWOLNATION znajdą idealną wypadkową z zabawy różnymi brzmieniami i stylami. Mimo wszystko, polecam przesłuchać cały album i samemu przekonać się, jak to wyszło, jako całość ze szczególną uwagą na utwory nr 3 i 10.
- Data premiery: 24 04 2020
- Single: The Best, California Halo Blue, Mayday!!! Fiesta Fever, Slam (Angel Miners)

