Asaf Avidan wystąpił na dwóch koncertach w Polsce (relacje i zdjęcia)

Asaf Avidan, Warszawa, 14 marca 2015, fot. Jakub Molin

W miniony weekend do Polski przyleciał izraelski wokalistka Asaf Avidan, któremu towarzyszył barwny zespół. Nasza redakcja pojawiła się zarówno na koncercie w Warszawie jak i Krakowie. Przygotowaliśmy dla Was dwie krótkie relacje od Łukasza i Jakuba oraz zdjęcia zrobione przez Jakuba Molina.

Warszawa (14 marca), relacja Łukasza Jaćkiewicza

Po sukcesie mini trasy koncertowej po Niemczech, izraelski wokalista Asaf Avidan przybył na dwa koncerty do Polski. Gdy tylko pojawił się na scenie wiedziałem, że to będzie udany koncert. Zanim jednak zacznę rozpływać się na talentem tego muzyka, chciałbym chwilę poświęcić supportowi. Na scenie przed Asafem pojawiła się Flora. Nie będę ukrywał, że wcześniej nie znałem jej twórczości. Jej śpiew, muzyka i wyrażenie własnej ekspresji pozytywnie mnie jednak zaskoczyło. Pierwsza wizyta tej wokalistki w naszym kraju musiała być dla niej wielkim przeżyciem. Sama zainteresowana nie spodziewała się chyba tak gromkich braw i uznania z naszej strony.Gdybym miał porównać ją do naszych rodzimych artystów, to klimatycznie jest zbliżona do KARI i jej świetnego repertuaru. To chyba znaczy, że support należał do bardzo udanych.

Organizatorzy koncertu w warszawskiej Stodole stanęli na wysokości zadania, punktualności nie można im odmówić. Dokładnie o 20:45 na scenie pojawił się Asaf wraz ze swoim pięcioosobowym zespołem. Już od pierwszych dźwięków wiedziałem, że się nie zawiodę. Rozpoczynając Over My Head dostał już szerokie owacje, to było świetne rozpoczęcie koncertu. Dalej było równie fantastycznie. Asaf czarował nas swoimi kompozycjami, które na żywo dostawały swoje drugie życie. Ba! Wielokrotnie zaskakiwał mnie wydobywaniem najwyższych dźwięków, których nie powstydziłyby się najsłynniejsze wokalistki w obecnej dekadzie. To właśnie jego unikatowy (złośliwi twierdzą, że zniewieściały) głos jest jego wielkim atutem. Świetnie komponuje się zarówno w energetyczne kompozycje jak i te bardziej stonowane, gdzie wokalista praktycznie zostaje sam na scenie, Gdyby ktoś nie słuchał jego piosenek wcześniej, miałby zapewne wrażenie, że słucha płyty. Czysty, krystaliczny, często nieco zachrypnięty głos brzmiał jakby nagrany i poprawiony przez najlepsze programy do modulacji głosowej. Dawno nie słyszałem tak świetnego wokalu na żywo. Zaskakiwała mnie również jego ekspresja i gestykulacja rękoma, tak jakby słowa nie wystarczały do ukazania wszystkich emocji, które nam wyśpiewuje. Bardzo dobrze się na to patrzyło, a pisków dziewczyn pod sceną było pełno. Nie miał przy tym ani przez chwilę zadyszki, wszystko odbywało się w czasie i wciąż z niesamowitą energią, z którą rozpoczął koncert.

Na słowa uznania zasługuje także cały zespół. O dziwo składał się on z trzech pięknych kobiet i tylko dwóch mężczyzn. Zachwyciła mnie zarówno perkusja jak i zjawiskowe kobiety, które nie dość że świetnie grały, to jeszcze swoją prezencją udowodniły, że nie są wcale gorsze od mężczyzn a nawet lepsze. Prawie półtoragodzinny koncert minął w oka mgnieniu i gdy schodzili ze sceny od razu chcieliśmy aby zostali na support.

Jeśli miałbym wskazać najmocniejsze punkty sobotniego wieczoru, trudno by mi było wymienić kilka. Na uwagę zasługiwało i doskonale zaśpiewane aktorsko The Jail That Sets You Free, i nieco melancholijne Little Parcels Of An Endless Time. Wciąż pamiętam bardzo smutne The Labyrinth Song czy wcześniej wspomniane Over My Head. Koncert, który będę pamiętał długo i wspominał go z wielkimi emocjami!

Kraków (15 marca), relacja Kuby Koziołkiewicza

Gdy Asaf Avidan zjawił się na scenie krakowskiego Studia, od razu otrzymał brawa od widowni. Ubrany na czarno, ukłonił się niczym zawodowy aktor na scenie teatru, a następnie chwycił swoją akustyczną gitarę i rozpoczął nieco ponad półtoragodzinną muzyczną podróż. Obiektywnie muszę stwierdzić, że klub nie był wypełniony chociażby w siedemdziesięciu procentach, lecz zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo dzięki temu występ Izraelskiego artysty miał piękny i kameralny charakter.

Asaf zaczął swoje show od Over My Head, singla promującego jego najnowszy album Gold Shadow. W momencie wykonywania drugiej zwrotki, wokalista zaśpiewał, ze swoją charakterystyczną chrypką, niesamowicie wysokie dźwięki. Po chwili widzowie zaczęli nieśmiało po sobie spoglądać, a poprzez swój wyraz twarzy jakoby pytali: Jak on do cholery to zrobił? Skąd on te dźwięki wydobył?. Te pytanie siedziały w mojej głowie niemalże przez cały koncert, a kolejne wykonywane kompozycje, jedynie te zastanowienia potęgowały. Bo przecież Asaf to chudziutki chłopak. Na moje oko – nie waży więcej niż 65 kilo, co w męskich standardach jest rzadko spotykane. A jego głos? Jest głęboki, soczysty, zachrypnięty. Jakbym zamknął oczy i nie znał go to stwierdziłbym, że na scenie występowała jakaś czarnoskóra wokalistka, urodzona w Nowym Orleanie, gdzie od małego uczyła się śpiewu wraz z umuzykalnioną rodziną. Coś niesamowitego. Wielki talent.

Asaf, prócz oczywistych walorów wokalnych, popisał się też świetną prezencją na scenie. Wiele utworów odegrał i odśpiewał w stylu trochę piosenki aktorskiej. Gestykulował, intonował pojedyncze wyrazy. Zdobył moje serce dystansem do siebie i swojej twórczości. Na początku koncertu, dziękując nam wszystkim za przybycie stwierdził, że cieszy się, że pod sceną zjawiło się tyle osób dla artysty, który prócz jednego „głupawego” popowego hitu (Asaf użył dokładniej słowa „silly” w kontekście utworu One Day/ Reckoning Song), posiada tylko same mało przebojowe, prywatne i intymne utwory.

Izraelczyk zaimponował mi swoim bardzo otwartym kontaktem z publicznością. Nie miał problemu z naśmiewania się ze swojego wysokiego głosu, kiedy to stwierdził, iż częściej musi używać „radio voice”, gdy zagaduje jakąś dziewczynę (Asaf mówiąc to rzeczywiście miał bardzo niski głos, charakteryzujący prezenterów radiowych). Zabawną sytuacją była ta, kiedy na scenę została zaproszona jedna z fanek, która usilnie prosiła Asafa o wykonanie utworu Bang Bang. Avidan zaproponował jej wspólny wykon, na co ta zgodziła się bez zastanowienia. Lecz dziewczyna nie należała do najtrzeźwiejszych w klubie, więc ich wspólna interpretacja kawałka nie wyszła najlepiej. Wokalista skomentował to zajście z uśmiechem na ustach, mówiąc: jeśli ktoś nagrał ten występ na telefonie i wrzuci go na Youtube, to odszukam go i spalę mu dom.

Najpiękniejsze momenty? Bardzo ekspresyjnie zaśpiewane Gold Shadow z akompaniamentem klawiszy oraz akustyczne, skromne i klimatyczne odegranie One Day/ Reckoning Song w czasie bisu. Utwór ten, obdarty ze swojej komercyjnej powłoki, w mojej ocenie zabrzmiał zdecydowanie lepiej.

Zdjęcia z Warszawy autorstwa Jakuba Molina

[/su_row]

Czytaj również