Armin van Buuren – Intense (2013), recenzja Marka Generowicza

Armin van Buuren nie raz był wybierany na najlepszego DJ-a na świecie. Holender znajdował się w czołowej dziesiątce zestawienia DJ Mag Top 100 nieprzerwanie od 2002 roku! Obrazuje to jego klasę, a przede wszystkim dominację w tym środowisku, choć  nie usłyszymy go w popularnych rozgłośniach radiowych tak często jak Davida Guettę czy Aviciiego. On w przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu tworzy muzykę nie tyle ambitniejszą, co bardziej wkraczającą w specyfikę gatunku trance. Jakie jest więc Intense?

Nowy krążek to spójna kontynuacja wydanego w 2010 roku albumu Mirage. Wtedy zaskoczył mnie swoim energicznym beatem, szybkim tempem oraz świetnym singlem z nieziemskim wokalem Sophie Ellis Bextor Not Giving Up On Love. 3 lata po tym wydarzeniu historia zatacza koło – Intense jest przeciągnięciem stylistyki Mirage na kolejne 16 utworów, które poziomem nie odstają od tych zaprezentowanych na poprzednim wydawnictwie. 5. krążek w karierze Holendra jest więc połączeniem finezji oraz producenckiej sprawności, z jaką van Buuren operuje komputerowo wygenerowanymi dźwiękami.

Rozważania nad albumem najlepiej rozpocząć od singli, które miały promować album w szerszym gronie odbiorców. W polskich rozgłośniach mogliśmy usłyszeń This Is What It Feels Like z gościnnym udziałem Trevora Guthrie. Wprawdzie rodakom nie przypadła do gustu tak bardzo jak wspomniane Not Giving Up On Love, lecz oba utwory można do siebie porównać pod względem stylistycznym, choć wokalnie różnią się od siebie diametralnie. Mam wrażenie, że piosenkarz podchodzi do utworu z rezerwą, pewnym dystansem, co odbiło się na tonie jego głosu, który najlepiej opisać jako beztroski, luzacki, żeby nie powiedzieć lekceważący. Dalej jest znacznie lepiej – poziom podwyższają Beautiful Life z Cindy Almą oraz Waiting For The Night, w którym śpiewa Fiora. W obu kompozycjach słychać emocjonalność, pogłębienie motywu miłości w muzyce klubowej, które w swoich utworach konsekwentnie prowadzi van Buuren. Zwłaszcza ten pierwszy utwór zasługuje na uznanie – szybko wpada w ucho i jak dla mnie, jest jednym z najlepszych na całej płycie.

Krążek reprezentują także utwory instrumentalne, w których przewodzi Who’s Afraid Of 138?! wybrany zresztą na jeden z singli. Zastanawiam się, czym kierował się Holender przy jej wyborze, skoro o niebo lepiej wypada zróżnicowane, znacznie ciekawsze Pulsar. Tytułowe Intense zaś wydaje się być żywcem wyciągnięte z gier wideo rodem z lat 90. Ponadto Last Stop Before Heaven brzmi jak wczesna wersja Animals Martina Garrixa, przez co już chyba wiem, kim się inspirował młody pretendent.

Intense stawia na uczuciowe podejście do muzyki klubowej, co pokazuje choćby Alone, które z przejęciem wyśpiewuje Lauren Evans. Tym samym Armin postanawia sprawdzić różne oblicza miłości, od mrocznych jej zakamarków jak Won’t Let You Go z beatem niczym uderzenia serca czy uczuciem rozpaczy w utworze Love Never Came. Płytę kończy instrumentalne Reprise, w którym świetnie wykorzystano partie smyczkowe i stanowi świetne podsumowanie całej płyty – od części melancholijnej, niemal  smutnej po nadejście nadziei i powrót do radosnej strony życia.

Tą płytą van Buuren udowadnia, że jest w formie i wciąż będzie walczyć o najwyższe miejsce w rankingu najlepszych DJ-ów świata. Mimo długiego stażu na tej liście wciąż ma predyspozycje do bycia pierwszym, co udowadnia wydawnictwem Intense. To nie ukłon w stronę kultury masowej, w które wciąż dominuje David Guetta, ale raczej wciąż odkrywa nowe horyzonty w gatunku trance, który reprezentuje choćby w bardzo popularnych audycjach A State Of Trance. Słuchacza nie przyciągają znane nazwiska wokalistów zaproszonych do współpracy. Może i lepiej, gdyż odkryć niesamowite kompozycje może tylko wybrany, który nie skusi się wielkim neonem z nazwiskiem gwiazdy świecącym przy danej kompozycji. Niech muzyka obroni się sama…

armin van buuren intense

Czytaj również