Arctic Monkeys – AM (2013), recenzja Magdy Sieprawskiej

Muzyczna jesień zapowiada się znakomicie. Mimo, że w kalendarzu nadal mamy lato, to zaczynamy dostawać płyty coraz to spokojniejsze, bardziej nastrojowe, w sam raz na słuchanie ich w długie wieczory, które już lada chwila się pojawią. Jak dla mnie to Franz Ferdinand zamknęli okres letni wraz ze swoim przebojowym krążkiem Right Thoughts, Right Words, Right Action, a już wydana niewiele później płyta Justina Veronona i jego projektu muzycznego Volcano Choir  idealnie sprawdzi się przy kubku gorącej herbaty. Lecz dzisiaj nie będziemy mówić ani o FF ani też o Volcano Choir. Bohaterami dzisiejszego tekstu będą Arctic Monkeys u któych nie brakuje i żywiołowego rock n’ rolla jak i też subtelnych, delikatnych kompozycji!

Do sklepów trafił właśnie piąty studyjny krążek Arctic Monkeys. Fani czekali na niego od dwóch lat, a wydany w ubiegłym roku pierwszy singiel R U Mine? tylko wzbudził jeszcze większą ciekawość co do ich następnego wydawnictwa. Od tego momentu nastała cisza i tylko od czasu do czasu pojawiały się kolejne nowe rewelacje. Na początku tego roku perkusista Matthew Helders zdradził, że zespół pisze piosenki i cały czas nad nimi pracuje, zaznaczył jednak, że nie ma narzuconych żadnych terminów. W końcu grupa zaczęła grać na żywo nowe kawałki i kolejno odsłaniała karty nadchodzącego albumu. W sieci mogliśmy znaleźć koncertowe nagranie Do I Wanna Know?, Mad Sounds czy dosyć niedawno – Arabelli. O dacie premiery dowiedzieliśmy się prosto od grupy za pomocą ich konta na Facebooku. Od tego momentu rozpoczęło się prawdziwe odliczanie, a kolejne utwory, takie jak Do I Wanna Know? w wersji studyjnej czy 2013 tylko podgrzewały atmosferę.

Wreszcie przyszedł ten dzień – i to niestety nie dzień premiery, kiedy w całej okazałości dźwięki AM płynęły z moich głośników. Po części materiał mi był znany, lecz w odpowiedniej kolejności kawałek po kawałku odkrywałam wszystko na nowo. Po pierwszym przesłuchaniu byłam zaskoczona pozytywnie, lecz drugi sprawił, że przesłuchałam go raz piąty, a nawet i dziesiąty. Urzekły mnie delikatne melodie, urocze chórki!!!, ciekawe aranżacje, pomysł na teksty (o czym później), a także głos Josha Homme’a, któremu na co dzień nie poświęcam raczej specjalnie dużo uwagi.

Album otwiera dobrze znane nam Do I Wanna Know? gdzie mamy do czynienia z prostym riffem i lekko zawadiackim wokalem Alexa Turnera. Druga pozycja to genialny, energiczny numer R U Mine?, który będzie należeć, jeśli jeszcze nie należy do czołówki przebojów Brytyjczyków. Jest to naprawdę świetny numer, który sprawdzi się na każdym koncercie. W Gdyni się sprawdził! Trzeci rzut – One For the Road rozpoczynają subtelne chórki chłopaków, po czym dołącza do nich wokal prowadzący i mamy genialną utrzymaną już w wolnym tempie piosenkę. Żeby nie było za nudno, raz za czas odzywa się gitara, a refren chwyta za serce. Koniecznie posłuchajcie!

http://www.youtube.com/watch?v=_E-oxwJutbg

Arabella oscyluje w klimacie dwóch pierwszych kawałków –choć zaczyna się ostrożnie, to później jest już ostro i zadziornie. Najbardziej podoba mi się końcowa część utworu, po której następuje świetna solówka. I Want It All to nieco ukłon w stronę lat 70. z charakterystycznym brzmieniem i nieco przyduszonymi wokalami. No 1. Party Anthem to chyba najwolniejszy numer na krążku, lecz jak dla mnie tytuł wskazuje na jakiś totalny odjazd, a tutaj dostajemy uroczą romantyczną balladkę, z niemal beatlesowskim pianinem. Mad Sounds to mój faworyt. Spodobał mi się już na samym początku. Leniwa gitara i spokojny wokal tworzy na nim niesamowity nastrój. Końcowe nucone ‘ulalala’ chwyta za serce niesamowicie mocno i nie chce puścić. Dla mnie coś niesamowitego!

Fireside już na dzień dobry zaczepia niespokojną gitarą akustyczną. W rezultacie cały numer jest jednym z najbardziej wyróżniającym się przez to na płycie, lecz do mnie przemawia średnio. Why’d You Only Call Me When You’re High? chyba wszystkich rozbawił teledyskiem – mnie również. Poza tym mogłabym wypisywać tylko same pochwały, wszystko jest z nim tak jak należy.

Koniec albumu to chyba jego najlepsza część. Snap Out Of It ma prze genialne chórki! Knee Socks to mój drugi faworyt na tej płycie. Wystarczyło mi jedno przesłuchanie i już wiedziałam, że to właśnie jego będę nucić przez kolejne dni, dodatkowo pojawia się w nim Josh Homme na czym naprawdę korzysta cały kawałek! W I Wanna Be Yours Waszą uwagę powinien zwrócić tekst, który jest niemal komiczny. Na pochwałę zasługuje to, że frazę 'I Wanna be Your Vacuum Cleaner’ można tak ładnie ubrać w melodie i zrobić z tego w rezultacie piękne wyznanie miłości. Ponoć za pióro chwycił tu sam Alex a pomagał mu John Cooper Clarke. Jest czego gratulować! ;)

Do muzyki Arctic Monkeys nigdy nie podchodziłam jakoś bardzo entuzjastycznie. Lubiłam ich słuchać, z przyjemnością poszłam na koncert, lecz nawet wydanie tej płyty nie zbudziło we mnie tyle emocji, jak ta świadomość po przesłuchaniu go, że to naprawdę niezła płyta, której należy się trochę więcej uwagi. AM to naprawdę kawał świetnej roboty. Zawsze mówię sobie, ze chyba nikt już nie wyda płyty, którą będę chwalić bez ograniczeń, a tu na rynku muzycznym pojawiają się coraz to lepsze krążki – a to bardzo dobrze, bo świadczy to o tym, że w głowach tych młodych muzyków siedzi mnóstwo pomysłów, które tylko czekają na realizację. A pomyślmy jaka to jeszcze jest radość dla fanów dostać takie cudo!

Okładka albumu AM
Okładka albumu AM

 

Czytaj również