Rozczarowanie. Smutek. Znudzenie i zmęczenie. Takie uczucia na zmianę (a w skrajnych przypadkach wszystkie na raz) towarzyszyły mi przy pierwszym odsłuchu Shadowmaker. Przy drugim i trzecim lepiej nie było. Już miałem sobie dać spokój, ale pomyślałem: „kurcze, to Apocalyptica, nie mogę tak po prostu sobie odpuścić”. Toteż słuchałem dalej i nagle… stwierdziłem, że to najlepsze dzieło grupy od Reflections.
Shadowmaker znacząco różni się od wszystkich pozostałych krążków zespołu. Nie zmienili może swojego stylu – nadal pozostają wierni cello rockowi oraz metalowi symfonicznemu – ale przyjęli do kapeli nowego członka. Franky Perez to pierwszy stały wokalista w Apocalyptice. To zupełna nowość, dotąd jedynie zapraszali gości na pojedyncze występy.
Posiadanie stałego wokalisty zmieniło nieco podejście muzyków do pracy nad kolejną płytą. Jak powiedział Eicca w jednym z wywiadów, to ich najbardziej zespołowe dzieło. Wprowadzenie Franky’ego wpłynęło ponadto na proporcje na płycie. Do tej pory zawsze dominowały utwory instrumentalne, wokalnych najwięcej było na 7th Symphony (cztery). Natomiast na Shadowmaker znajdziemy aż 8 piosenek wokalnych, a tylko 4 kompozycje instrumentalne! Tu zaczyna się zgrzyt – do tej pory to właśnie zawsze ścieżki niezawierające wokalu prezentowały się co najmniej o klasę lepiej od tych z gośćmi. Na szczęście zespół całkiem nieźle się wybronił.
Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy po tak długiej przerwie (od 7th Symphony minęło prawie 5 lat) Apocalyptica wciąż potrafi nagrywać świetne utwory, rozwiać je powinien singiel tytułowy. Kompozycję można bez większego problemu podzielić na dwie części: piosenkowy początek zbudowany na zasadzie zwrotka-refren oraz znacznie bardziej rozbudowana instrumentalna wstawka w dalszej części. Nie muszę chyba mówić, która wypada lepiej i na dłużej przykuwa uwagę słuchacza. Bardzo cieszę się jednak z faktu, że to właśnie ten numer promuje płytę. Tak progresywnego i nieszablonowego singla kapela nie wydała chyba nigdy wcześniej. Dla tych lubujących się w prostszych dźwiękach polecić mogę natomiast Cold Blood. To bardzo przebojowy, chwytliwy kawałek charakteryzujący się od razu wpadającym w ucho refrenem. Początkowo utwór nie zdobył mojego uznania (najzwyczajniej w świece wydawał mi się zbyt… zwyczajny i nijaki), ale mając swoje miejsce na albumie, nabrał sensu.
A jak wypadają pozostałe wokalne utwory? Może nie są tak dobre jak Shadowmaker, ale nie należy ich ignorować. Podobają mi się chociażby dwa najszybsze i bodajże najbardziej agresywne numery – House of Chains oraz Come Back Down, które ujęło mnie spowolnieniem w moście. Jeszcze lepsze jest pełne zwrotów akcji Sea Song (You Waded Out). Zaczyna się spokojnie, w refrenie lekko się może rozmywa, ale już obok hipnotyzującego fragmentu zagranego na wiolonczelach po refrenie nie sposób przejść obojętnie. Poszczególne części mogą się wydawać nieco od siebie oderwane, ale w rzeczywistości dobrze się uzupełniają. Jeśli natomiast ktoś wciąż nie wierzy w wokalne umiejętności Franka, posłuchać powinien zamykającego krążek Dead Man’s Eyes, czyli bodajże jedynej piosenki (ballady), w której błyszczy on, a nie zespół jako całość. Muzyka stanowi tu jedynie miłe tło dla jego emocjonalnego i pełnego ekspresji wykonania. Uznałbym ten utwór za jeden z najlepszych, gdyby nie jego zbyt długa i nieco nudna końcówka (choć wplecenie do niej fragmentów wcześniejszych numerów było ciekawym pomysłem).
Tu jednak dochodzimy do kompozycji instrumentalnych. No i co z tego, że wszystkie te opisane wyżej kawałki są dobre, skoro te niepozorne cztery ścieżki, pisząc kolokwialnie, zjadają je na śniadanie. Już nawet samo intro, I-III-V Seed of Chaos, choć trwa nieco tylko ponad minutę, brzmi tak wspaniale złowrogo i niepokojąco, a przy tym zachęca słuchacza do dalszego odkrywania płyty. Riot Lights jest – zgodnie z tytułem – buntownicze, wściekłe, dynamiczne. A w dodatku zawiera jedne z najlepszych wiolonczelowych partii na płycie. Długie Till Death Do Us Part to utwór tajemniczy, lekko może mroczny i trzymający w napięciu do ostatniej sekundy. Podobnie mógłbym zresztą napisać o Reign of Fear, mojej ulubionej kompozycji z całego wydawnictwa. Zachwyca w niej wszystko: głośne, filmowe intro, kolejne znakomite, rozbudowane partie smyczkowe, a także – czy może raczej: przede wszystkim – fakt, że numer nie stoi w miejscu, z każdą chwilą coraz piękniej się rozwija.
Wracając do tego nieco chaotycznego wstępu, początkowo byłem Shadowmaker-em bardzo rozczarowany i uznałem go za najsłabszy album w twórczości Finów. Na szczęście po kilkunastu przesłuchaniach swoje zdanie zmieniłem. Krążek jest na pewno lepszy od poprzednich trzech (Apocalyptica, Worlds Collide, 7th Symphony), charakteryzuje się bowiem większą spójnością i równością. Do najlepszych dzieł grupy – Cult, Reflections czy nawet Inquisition Symphony – wciąż jeszcze daleko, ale Apocalyptica zdecydowanie idzie w dobrym kierunku. Tak trzymać.



