MENU

    Anna Calvi wystąpiła w Warszawie. Relacja Zuzanny Janickiej

    Pięć lat kazała nam czekać Anna Calvi na swój trzeci studyjny album. Krążek Hunter w końcu wraz z ostatnim dniem wakacji ujrzał światło dzienne, a wokalistka zaczęła przygotowywać się na polowanie. Wyruszyła w świat by prezentować swoją twórczość i zdobywać nowych wielbicieli. Jednym z jej przystanków była Warszawa.

    Brytyjska wokalistka i gitarzystka nie miała supportu, który by mnie zainteresował (przewidziano jedynie występ DJ’a), więc na miejsce przybyłam bezpośrednio przed samym startem koncertu. To, co bardzo lubię w gigach mniej ogranych artystów, to publiczność, która na nie przybywa, i z którą dzielić mogę te same emocje. Nikt nie ma parcia na pierwsze rzędy, a w górę co chwilę nie są wznoszone telefony. Z łatwością więc zajęłam miejsce blisko sceny i miło się zaskoczyłam. Przygotowano bowiem podest, dzięki któremu Anna mogła być jeszcze bliżej słuchaczy. Chętnie z tego korzystała, przez co miałam ją na wyciągnięcie ręki. Co było dla mnie niespodzianką? Jej wzrost. Obdarzona mocnym głosem wokalistka jest kobietą niezwykle drobną. Emanuje od niej tajemnicza aura, a cały jej wizerunek jest dokładnie przemyślany. Artystka stawia na czerwień, która przewijała się nie tylko w elementach jej ubioru czy makijażu ust, ale i oświetleniu. Chociaż często w kontekście jej twórczości używam przymiotnika teatralny, zachowanie Calvi na scenie nie wydaje mi się być wyreżyserowane. Jest jedną z tych osób, które czują muzykę i poddają się jej działaniu, skupiając się na śpiewaniu i grze na gitarze elektrycznej (mistrzostwo!) oraz intensywnym przekazywaniu emocji. Intryguje pewna sprzeczność – sporo w jej wykonaniach ekspresji, ale ona sama, takie wrażenie odnoszę, jest osobą dość wycofaną i introwertyczną. Wolącą łapać wzrokowy kontakt z poszczególnymi widzami niż zabawiać anegdotami czy innymi historyjkami całą salę.

    Nie sposób nie wspomnieć o piosenkach, które przyszło nam usłyszeć w Niebie (hmm, ciekawie to zabrzmiało…). Anna Calvi skupiła się na przedstawianiu nam kompozycji ze swojej najnowszej płyty. Pojawiły się uwielbiane przeze mnie utwory Indies or Paradise i Swimming Pool, a także bardziej przebojowe kawałki jak Don’t Beat the Girl Out of My Boy, As a Man czy Wish. Nowości dopełniły najlepsze momenty debiutanckiej płyty artystki – Desire, I’ll Be Your Man i zostawione na bis Suzanne & I. Płyta One Breath kompletnie została zignorowana (choć takie nagrania jak tajemnicze Piece by Piece czy pełne wokalnych popisów Sing to Me miło byłoby usłyszeć), ale jeden numer zarejestrowany w podobnym okresie został przypomniany. Mowa o coverze Ghost Rider. Piosenka zamykała cały koncert, a Calvi zmieniła się w tego widmowego jeźdźcę i znikła ze sceny, zostawiając po sobie wiele świetnych wspomnień. Tę kobietę każdy choć raz powinien zobaczyć w akcji.

    Zuzanna Janicka
    Zuzanna Janickahttp://www.the-rockferry.pl
    Wielka pasjonatka muzyki, potrafiąca odnaleźć coś ciekawego w każdym gatunku. Autorka strony The-Rockferry, na której oprócz recenzji płyt znaleźć można całą masę innych muzycznych artykułów. Nałogowa uczestniczka koncertów. Wielka fanka Christiny Aguilery, Amy Winehouse, Kate Bush, Finka, Leonarda Cohena i zespołu The National.

    Ostatnio opublikowane