Amy Winehouse – Back to Black (2006), recenzja Piotra Krajewskiego

Żyła szybko, umarła młodo. Taka jest właśnie historia Amy Winehouse, która odeszła dokładnie cztery lata temu. Życie brytyjskiej wokalistki pokazuje, że najbardziej utalentowane i pełne charyzmy postaci żegnają się z tym światem niespodziewanie i często tragicznie. Dlaczego? Możliwe, że nie wytrzymują zmasowanej presji ze strony mediów, które obserwują ich każdy kolejny krok. 27-letnia Amy nie chciała tego, nie była celebrytką w żadnym calu. Wielbiona przez miliony za swoją muzykę była jednocześnie uwięziona we własnym domu, stale obserwowanym przez dziennikarzy szukających sensacji. Z każdym kolejnym muzycznym sukcesem, wzrastało jednocześnie zainteresowanie jej osobą. W ciągu swojego krótkiego, dalekiego od normalności życia, wokalistka nagrała dwa studyjne albumy Frank (2003) i Back To Black (2006). To właśnie ten drugi krążek przyniósł jej ogromną popularność, która koniec końców doprowadziła do tragedii – destrukcji obserwowanej przez miliony. 

Są na świecie albumy, które zwyczajnie powinno się poznać i przesłuchać. Back To Black jest jednym z nich. W listopadzie 2014 roku, kiedy mieliście okazję poznać dokładnie każdego z redaktorów All About Music (cykl Poznaj Redaktorów), uznałem ten album jako jeden z najważniejszych w moim życiu. Określiłem go wtedy spójnym, dopracowanym i przede wszystkim szczerym stuprocentowo. Nadal tak uważam i nic tego nie zmieni. Słucha się go naprawdę dobrze, nie ma poczucia, że któryś z utworów jest nie na swoim miejscu lub zupełnie nie pasuje do reszty krążka. Rejestrując uważnie każdy kolejny dźwięk można zdać sobie sprawę, że szybko dobiega się do końca. To prawda, gdyż standardowa wersja albumu trwa jedynie 35 minut. Ten fakt nie smuci jednak, a cieszy – Amy Winehouse wybierając jedenaście niezbyt długich utworów, stworzyła dzieło uporządkowane, zwięzłe i nienudne, na którym nie znajdziemy typowych fillerów, czyli niepotrzebnych nikomu wypełniaczy. Zadanie to, choć niełatwe, artystka wykonała znakomicie.

Krążek jest pełen tekstów i momentów, z których bije szczerość. Nie jest on już jednak tak niewinny, jak jego poprzednik, Frank. Amy w swojej muzyce dzieli się przeżyciami bardzo osobistymi, poważnymi i niekiedy dołującymi. Opowiada o trudach dnia codziennego, niespełnionej miłości, seksie, alkoholizmie i narkotykach. Trzeba pamiętać, że Back To Black powstawało w trudnych dla wokalistki czasach. Niebędąca już w świetnej formie, stworzyła wspólnie z Markiem Ronsonem i Salaam Remi’m muzyczny pamiętnik, który pokochały miliony na całym świecie.

Choć album jest różnorodny kompozycyjnie, to mamy tu do czynienia przede wszystkim z dźwiękami soulowymi, podkręconymi nowoczesną produkcją, z domieszką rhythm and blues. Takie połączenie dało ciekawy efekt w postaci muzyki brzmiącej bardzo retro, a jednocześnie świeżo i na topie.

Różnorodność w przypadku Back To Black to jego wielka zaleta. Kontrastów tu bowiem nie brakuje. Od subtelnego i delikatnego Love Is A Losing Game, przez smutne Just Friends, do energicznych i przyjemnych Me & Mr Jones oraz Tears Dry On Their Own, z dźwiękami trąbki w tle.

Melancholię i smutek dostrzec można w utworze tytułowym, który obok świetnego Rehab, stał się popisowym numerem Winehouse. Wykorzystując swój niebywały wokal, artystka opowiada przygnębiającą historię swojego życia i relacji ze złym typem mężczyzny. Towarzyszy temu soulowe brzmienie rodem z lat 60., które zestawione z głosem Brytyjki, tworzy jedną z najlepszych ballad ostatnich lat.

You Know I’m No Good to utwór, dzięki któremu pokochałem ten krążek. Mark Ronson i Amy łącząc jazz z nowoczesnym beatem, stworzyli piosenkę z niebywałą klasą. Przenieśli muzykę jazzową na kolejny, zupełnie nowy poziom, pokazując tym samym, że da się łączyć różne style muzyczne w interesujący dla ucha sposób. Każdy dźwięk jest tu na prawidłowym miejscu. Brytyjka czaruje prowokującym wokalem i poddaje ocenie swoje życie w szczery i pyskaty sposób.

Wydanie albumu Back To Black pokazało, że Amy Winehouse miała do zaproponowania od siebie coś muzycznie nieprzeciętnego. Za każdym razem, gdy słucham tego wydawnictwa, chłonę każdy dźwięk i każdą emocję, które swoim fantastycznym wokalem i tekstami chciała przekazać artystka. Materiał ten przetrwał próbę czasu i wciąż zachwyca tak samo, jak tuż po swojej premierze. Nieprzerwana świeżość dźwięków zawartych na tym albumie, sprawia, że fascynacja nim nie ma zakończenia. Zaryzykuję stwierdzenie, że mamy tu do czynienia ze współczesnym klasykiem, który nigdy nie przestanie mówić tego, co ma do powiedzenia. Dziękuję, Amy.

Czytaj również