I relacja z ostatniego dnia Open’era 2015! A tego dnia koncertowali u nas m.in. Hozier, Kasabian, Disclosure, Flume czy Years & Years!
SKUBAS
Zuzanna Janicka
Myślałam, że dzień zacznę na koncercie Elliphant. Wcześniej jednak na scenie głównej odbył się koncert polskiego wokalisty i muzyka Skubasa. Już dawno chciałam usłyszeć go na żywo, bo wyjątkowo podchodzi mi jego gitarowa muzyka. Artysta nie zgromadził wielkiej publiczności, ale biorąc pod uwagę pogodę i tak znalazło się sporo śmiałków, by w prażącym słońcu pobujać się do jego kompozycji. Usłyszeliśmy piosenki z dwóch studyjnych płyt. Za najlepszy fragment jego występu uważam wykonanie poruszającego Nie mam dla ciebie miłości oraz Kołysanki.
Piotr Krajewski
Wybierałem się na jego koncert od dłuższego czasu. Cieszę się więc, że pierwsze spotkanie na żywo ze Skubasem odbyło się właśnie w trakcie tego festiwalu. Artysta idealnie rozpoczął ostatni dzień imprezy pokazując się naprawdę z dobrej strony. Wysoka temperatura i pełne słońce nie przeszkodziło publiczności w dobrej zabawie. Widownia rozbudziła się szczególnie przy utworach Brzask i Nie Mam Dla Ciebie Miłości, które stały się największymi przebojami artysty. Skubas stworzył przedstawienie pełne melodyjnych i melancholijnych dźwięków.
Domowe Melodie
Piotr Krajewski
Zmierzając w stronę Tent Stage wiedziałem, czego mogę się po tym zespole spodziewać. Ich kwietniowy koncert w Warszawie podziałał na mnie niezwykle pozytywnie. Z festiwalowym występem było tak samo. Humor, ironia i dystans. To są właśnie Domowe Melodie. To był ciepły i skromny jednocześnie koncert.
ELLIPHANT
Łukasz Jaćkiewicz
Co tam Iggy Azalea, na scenie pojawiła się Elliphant! Szwedka od samego początku pokazała kto rządzi. Nieźle rapowała, przy szybszych wersach nie łapała zadyszki. Do tego pięknie wyglądała (trochę niczym Dziarmagowska) i miała niesamowity kontakt z publicznością. Biegała do nas, przybijała piątki, rozmawiała z nami i cały czas podtrzymywała swoje zdanie, że uwielbia nasz kraj. Było widać, że lubi tu występować i że muzyka to jej życie. Jedna z lepszych raperek w Europie!
Zuzanna Janicka
Przyznam szczerze, że słuchanie w domu muzyki Elliphant mnie męczy. Ale jej koncert to coś zupełnie innego! Co z tego, że artystka średnio śpiewa na żywo, skoro braki wokalne nadrabia niesamowitą energią i podejściem do publiczności. Gdyby tylko mogła, z pewnością wskoczyłaby w roztańczony tłum. W planach miałam zostanie tylko na kilku jej piosenkach, ale z przyjemnością przedłużyłam swoją wizytę na imprezie Elliphant do samego końca.
Kacper Rogalewski
Jedna z najlepszych rozgrzewek jaką wszyscy moglibyśmy sobie wyobrazić. Będąc na tym koncercie przypomniała mi się wizyta bliskiej koleżanki Elliphant czyli MO. Obie panie były niesamowicie energiczne i charyzmatyczne. Wydawać by się mogło, że ta wspaniała szwedzka artystka nie jest w stanie udźwignąć wokalnie swoich utworów. Jednak okazało się, że nie ma z tym najmniejszych problemów. Myślę, że ten koncert na długo zostanie w naszych wspomnieniach, a Elliphant wróci jeszcze do nas kilkukrotnie. W końcu wszyscy zakochaliśmy się z wzajemnością.

fot. Bartek Bajerski
HOZIER
Zuzanna Janicka
Na scenie pojawił się w towarzystwie damsko-męskiego zespołu. Wyraźnie był zaskoczony ilością osób, które przyszły posłuchać jego muzyki. Występ Hoziera rozpoczęła rytmiczna kompozycja Angel of Small Death and the Codeine Scene. W dalszej części koncertu muzyk wykonał single promujące swój debiutancki album oraz kilka piosenek, które śmiało zaliczyć mogę do swoich ulubionych z jego repertuaru (To Be Alone, Work Song, It Will Come Back). Zaskoczył mnie zaśpiewaniem mocnego utworu Arsonist’s Lullaby, który trafił na rozszerzoną edycję płyty, oraz coveru popowego banału Ariany Grande Problem, przerobionego na rockowy, smaczny kawałek. Najgorętszym momentem jego polskiego koncertu było jednak Take Me to Church. Artysty równie dobrze mogło nie być na scenie. Nie zdołał przebić się przez nasze chóralne wykonanie. Kilka tysięcy osób z pasją śpiewających refren jednego z największych (i najlepszych!) hitów ostatnich lat – magia!
Łukasz Jaćkiewicz
Któż by się spodziewał takich tłumów na jego koncercie? Chyba nawet samego zainteresowanego przerosła liczba jego fanów w naszym kraju. Sam czasami miałem wrażenie, że Polacy znają go tylko z przebojowej piosenki Take Me to Church, która stała się hitem na całym świecie. A przecież ta płyta ma tak wielki potencjał, tak wiele dobrych utworów! Wokalista śpiewał swoim krystalicznym głosem niezwykle czysto i charyzmatycznie. Nawet mniej lubiane przeze mnie utwory wydawały się świetne. Wielkie brawa należą się za cover Problem Ariany Grande. Z nijakiej i banalnej piosenki, stworzył rockowy, pełen energii utwór, którego nie powstydziłyby się największe gwiazdy rocka. Ludziom brakuje takiej muzyki na co dzień, to widać!
Kacper Rogalewski
Hozier z niezwykłą klasą pokazał wszystkim festiwalowiczom, że nie jest hitem jednego sezonu. Naprawdę widać, że zależy mu na autentyczności i samej muzyce. Bardzo dobrze zaśpiewany koncert. Wiele wątpiło w jego zdolności wokalne jednak według mnie dał on sobie świetnie radę. Po raz kolejne udowodniono nam, że piosenka Take Me to Church to tylko namiastka tego co może zaprezentować ten irlandzki piosenkarz.
Piotr Krajewski
Usłyszeć Take Me To Church na żywo to jakby dostać wcześniejszy prezent pod choinkę. To w końcu jeden z najlepszych utworów poprzedniego roku. Koncert określiłbym słowem: idealny. Spisał się zarówno sam Hozier, jak i tłumnie zgromadzona publiczność, która dopingowała artystę dosłownie przy każdej piosence. Sam muzyk chyba się zdziwił i nie spodziewał się tak ciepłego przyjęcia w Polsce. Płyta tego artysty jest pełna świetnych utworów. Cieszę się więc, że mogłem usłyszeć ten dobry i konsekwentny materiał na żywo. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że Hozier czeka naprawdę interesująca przyszłość.
Years & Years
Łukasz Jaćkiewicz
Dla wielu był to koncert festiwalu, wielu przyjechało specjalnie dla niego. I trudno się dziwić – Polska kocha ten zespół. Choć ich debiutancka płyta nie została jeszcze wydana, my i tak znamy już większość utworów z niej pochodzącej. Od pierwszej zaśpiewanej piosenki, publiczność krzyczała wniebogłosy, wykrzykiwała każde słowo piosenki. Wszystko do tego stopnia, że ludzie śpiewali dwa razy głośniej od Olly’ego, który momentami przestawał śpiewać i zaczynał się uśmiechać. Wokalnie było ok, choć jestem ciekawe jakby koncert brzmiał, gdyby publiczność nie przestawała śpiewać za niego. Nie mniej jednak Tent wypełniony był po brzegi a nawet i kilkanaście metrów za nim. Publiczność szalała, ilość ludzi na metr kwadratowy sięgnęła zenitu. Koncert udany, chciałoby się takich więcej. Chyba wrócą szybciej niż się spodziewamy!
Kacper Rogalewski
Najbardziej przebojowy zespoł tegorocznego tej edycji. Nawet jeżeli ktoś nie słuchał ich wcześniej to z pewnością kojarzy takie hity jak King z rozgłośni radiowych. Największą rolę podczas tego koncertu odegrała publiczność. Wszyscy festiwalowicze przedstawili się jako jedna wielka rodzina. Ten koncert udowodnił, że festiwal nie tworzą zapraszani artyści tylko ludzie. To my jesteśmy w stanie stworzyć świetną atmosferę na koncercie. Pomimo kilku wokalnych niedociągnięć wokalisty Years&Years, koncert oceniam bardzo pozytywnie. Było energiczne i rozrywkowo, a właśnie tego wszyscy oczekiwali.
Piotr Krajewski
Najlepszy koncert Open’era. Kto nie był, niech żałuje. Każdy kolejny utwór przywoływał coraz to głośniejszą reakcję publiczności. Przyznam, że w pewnym momencie uszy błagały mnie o chwilę spokoju. Nic z tych rzeczy. Zespół miał świetny kontakt z widownią, często pozwalał zgromadzonym dośpiewywać fragmenty utworów, co wszyscy chętnie wykorzystywali i krzyczeli, ile tylko mieli sił w gardłach. Ze mną było identycznie. Szalałem jak głupi, śpiewając każde możliwe słowo. Jedynym wyczuwalnym problemem było nagłośnienie, które momentami było dalekie od ideału.

KASABIAN
Zuzanna Janicka
Kasabian drugi raz z rzędu wrócili do nas z trasą promującą płytę 48:13. Nic więc dziwnego, że kawałki z tego albumu przeważały. Usłyszeliśmy więc m.in. Eez-eh, Bow oraz Stevie. Świetnie sprawdziły się także starsze przeboje zespołu z Fire i Days Are Forgotten na czele. Nie zabrakło także coverów piosenek The Doors i Fatboy Slim. Ja jednak najmilej wspominać będę wysmakowane Thick as Thieves oraz Bow wykonane przez Sergio Pizzorno, drugiego wokalistę Kasabian. Chyba wiele osób się ze mną zgodzi, że był on najfajniejszym reprezentantem kapeli. Nie tylko świetnie śpiewał i grał na gitarze, ale i utrzymywał kontakt z publiką. Zgromadzona przy głównej scenie publiczność była zachwycona i bawiła się wyśmienicie. Nic dziwnego, Kasabian to koncertowa petarda. Zespół, który nie daje nam ani na chwilę odsapnąć.
Łukasz Jaćkiewicz
Słuchałem ich ostatnia płytę, lubię ich piosenki, ale do grona moich ulubionych zespołów zaliczyć ich nie mogę. Koncert jednak to była jedna, wielka miazga. Od samego początku porwali tłumy, wszyscy tańczyli i dobrze się bawili. A o to chyba chodzi na koncertach, prawda? Dodatkowo mieli świetny kontakt z publiką. Nic dodać, nic ująć.
Kacper Rogalewski
Perfekcja i rock and roll. Panowie z zespołu Kasabian pokazali nam jak powinien wyglądać koncert na głównej scenie festiwalu. Udowodnili nam, że rock wciąż żyje tylko pod inną nazwą. Może nie jestem obiektywny, w końcu uwielbiam ten zespołu od wielu lat, jednak to właśnie ich koncert był najlepszym występem podczas tej edycji Open’era. Do tego wszystkiego te iluminacje. Niezwykle energetyczny koncert, który poruszył chyba każdego. Panie i panowie o to prawdziwy rock and roll naszych czasów!
Piotr Krajewski
Kapitalny występ. Wiedziałem, że zespół ten daje dobre show, ale nie spodziewałem się czegoś takiego. Bawiłem się wyśmienicie, tańcząc i skacząc do każdego utworu. Zespół nie ograniczał się jedynie do grania i stale utrzymywał kontakt z publicznością, dzięki czemu pozytywny odbiór ich koncertu był jeszcze większy. Bomba!
St. Vincent
Łukasz Jaćkiewicz
Spektakl? Tak można by nazwać koncert tej wokalistki w Polsce. Tu było przemyślane wszystko – świetny outfit, fryzura i oczy pomalowane niebiesko. Wszystkie ruchy, spojrzenia były na miejscu. No i gitara – jest jej wirtuozem. Świetnie gra, jej solówki są zniewalające. W Polsce chyba umie tak tylko Julia Marcell, a na świecie? Chyba tylko St. Vincent. Muzyczna perfekcja, głos świetnie wkomponowuje się w melodię. Obroniła materiał z ostatniej płyty w 100%, chciałoby się o wiele, wiele więcej!
DISCLOSURE
Zuzanna Janicka
Ostatnim koncertem na jaki udałam się sobotniego wieczoru, był występ brytyjskiego rodzinnego duetu Disclosure. Występowali już w Polsce ze trzy razy, o czym chętnie nam przypominali. Duet rozpoczął koncert utworem White Noise. Dalej bracia Lawrence zaserwowali nam porcję sprawdzonych utworów z debiutanckiej płyty: F For You, Grab Her, You & Me i moje ulubione When a Fire Starts to Burn. Nie zabrakło także piosenek z nadchodzącego wydawnictwa, chociaż odniosłam wrażenie, że ludzie nie bawią się przy nich tak chętnie jak przy starszych kompozycjach. Mimo iż podobała mi się oprawa koncertu Kasabian (szczególnie lasery), ciekawiej na tym polu wypadli Disclosure. Wizualizacje przyciągały wzrok i współgrały z energetyczną muzyką. Chociaż chwilę po swojej premierze Settle było płytą, którą chętnie wyrzuciłabym przez okno, udało mi się docenić te brzmienia. Naprawdę porywają do tańca. Koncert Disclosure był udanym zakończeniem open’erowych występów na Main Stage.
Łukasz Jaćkiewicz
Ostatni koncert tego festiwalu na Main Stage i taneczne zakończenie ( no prawie) festiwalu. Po braciach Laurence spodziewałem się dużo – wizualizacji, bogatych świateł, gry na żywych instrumentach, kontaktu z publicznością. I to było. Muzycznie mi się podobało, cieszę się z takich utworów jak F For You, Latch czy You & Me. Duet wedle zapowiedzi zaprezentował również kilka nowych kompozycji, które znajdą się na najnowszym albumie. Z tego co się dało wyczuć, nadal będą w podobnym stylu, równie przeboje. Czekam więc na wersje studyjne, może mnie bardziej zaskoczą.
Piotr Krajewski
Czy tylko mnie znudził ten koncert? Nie znalazłem w nim nic interesującego. Nie chciało mi się nawet wtedy bawić i tańczyć. To dziwne, bo spodziewałem się czegoś dużo lepszego. Miała być impreza i chyba była, ale nie dla mnie.
Kacper Rogalewski
Wiele oczekiwałem od duetu Disclosure. Wszystko za sprawą ich koncertu dwa lata temu na scenie namiotowej. Liczyłem na przynajmniej dwa razy większą energię, gdyż zapowiadano zrewolucjonizowane show tego elektronicznego zespołu. Niestety trochę się zawiodłem. Koncert momentami bywał zbyt monotonny, a co za tym idzie nudny. Na pewno cała set lista nie była dopasowana do tak wielkich scen jak Main Stage. Przykładem może być choćby prawie 10 minutowe intro do piosenki When The Fair Stars to Burn. To był chyba najbardziej nużący moment na Open’erze. Stara świeżość zespołu na krótką chwilę zawitała do nas tylko podczas starszych kawałków czyli Latch, Grab Her!, Help To Lose My Mind czy You&Me.

fot. ishootmusic.eu / ALTER ART
Flume
Łukasz Jaćkiewicz
Przyznam szczerze, że z kolegą Kacprem wytrzymaliśmy na jego secie zaledwie kilkadziesiąt minut. Bardzo nam się podobał, ale po prostu nie mieliśmy już na niego sił. Cztery dni po kilka godzin snu robiły swoje. Muzyka elektroniczna obroniła się, set był dobrze dopasowany. Podobno na scenie pojawiło się na chwilę Disclosure, ale tego momentu już nie doczekaliśmy…
Kacper Rogalewski
Moje zmęczenie sięgało zenitu. Jednak nie mogłem odpuścić sobie koncertu zamykającego cały festiwal. Bowiem na wizytę Flume w Polsce czekałem od wielu lat. Teraz z perspektywy czasu wiem, że warto było czekać na występ tego młodego Australijczyka. Bezsprecznie miał on okropnie trudne zadanie. Musiał pobudzić wykończoną publiczność. Oczywiście nie miał z tym żadnego problemu. Pomimo tego, że nie byłem na całym koncercie Flume to zaliczam go do tych najlepszych. Ogromna energia, perfekcyjny kontakt z publicznością no i muzyka.
Piotr Krajewski
Nie dałem rady posłuchać całego koncertu. Nie dlatego, że mi się nie podobało, wręcz przeciwnie – było świetnie. Organizm odmówił posłuszeństwa i stwierdził, że cztery intensywne dni z muzyką to za dużo. Szkoda. Ale jedno trzeba przyznać – muzyka Flume’a daje ogromnego kopa. Publiczność bawiła się tak, jakby dopiero co wypiła ogromnego energetyka.

fot. Bartek Bajerski / Alter Art


