Dobrze nie ochłonęliśmy jeszcze po pierwszym dniu festiwalu, a już było trzeba zbierać się na drugi. Tego dnia na scenie pojawił się m.in. Django Django, Faithless, The Libertines czy Tom Odell. Jednak tak naprawdę tytuł tej relacji powinien brzmieć „Jak Major Lazer zniszczyli Gdynię„. :D
Tom Odell
Łukasz Jaćkiewicz
Olbrzymia frekwencja jak na godzinę 18. Ci, którzy spodziewali się smętnego grania przy pianinie, mogli się zawieźć. Był to bowiem prawdziwy koncert z krwi i kości. Choć dla wielu zaproszenie wokalisty może być zaskoczeniem, dla mnie była to niesamowicie przyjemna niespodzianka. Tom Odell ukazał nam się jako charyzmatyczny wokalista, powalający swoim głosem. Stonowane piosenki brzmiały idealnie, rozkochał w sobie zapewne większość dziewczyn pod bramkami. Energetycznymi utworami natomiast powalił mnie osobiście na kolana. Któż by się spodziewał że drzemie w nim tyle energii! I Another Love – najpiękniejsza z możliwych piosenek. Tom – czekamy na nowa płytę!
Kacper Rogalewski
Zadziwiająco dobrze wykonany koncert. Toma Odella wcześniej kojarzyłem jako płaczącego speszonego chłopca przy pianinie. Jednak pod wpływem jego tegorocznego koncertu na Open’erze kompletnie zmieniłem zdanie. Bowiem Tom wypadł bardzo dobrze na głównej scenie festiwalu. Był bardzo odważny i zdeterminowany. Wbrew pozorom koncert pobudzał całą publiczność dając po prostu godzinę bardzo dobrze zaprezentowanej muzyki. Bez sprzecznie Tom Odell brzmi jeszcze lepiej na żywo niż na płycie.
Piotr Krajewski
Jeden z najlepszych koncertów tegorocznego Open’era. Wiele osób oglądających koncert musiało się bardzo zdziwić, gdyż Odell nie ograniczył się tylko do utworów spokojnych i nostalgicznych, gdzie słychać głównie pianino. Pokazał też swoją ostrzejszą stronę i co najważniejsze – wyszło mu to znakomicie! Artysta szalał na scenie, tryskał pozytywną energią i dzielił się nią z całą publicznością. Była to godzina świetnej muzyki, gdzie oprócz pięknej gry instrumentów, mogliśmy podziwiać surowy wokal Brytyjczyka, tak bardzo porywający i nieziemsko mocny. Chciałoby się powiedzieć – gimme more, Tom!
Fisz Emade Tworzywo
Łukasz Jaćkiewicz
Waglewscy przez ostatnie lata wyrobili sobie świetną renomę wśród polskich fanów. Nic więc dziwnego, że pod sceną pojawiło się wiele zainteresowanych. Dla zwykłego laika Fisz może wydawać się statecznym wokalistą stojącym przy mikrofonie. Jednak gdy zostaniemy na koncercie dłużej, okazuje się, że jest on pełny energii, ruchu, a jego głos wciąż ewoluuje. Muzycznie? Perfekcja do kwadratu. Publiczność? Mega wsłuchana, ludzie się autentycznie wczuli a najwierniejsi fani śpiewali razem z nimi. Był nawet bis, który na festiwalach praktycznie się nie zdarza.
Rysy
Kacper Rogalewski
W tym roku prawie wcale nie chodziłem na koncerty polskich wykonawców. Spowodowane było to chęcią zobaczenia wszystkich zagranicznych artystów Open’era 2015. Jednak występu zespołu Rysy nie mogłem sobie odpuścić. Wielka niewiadoma w końcu dała się poznać w pełnej krasie. Cała kapela była bardzo profesjonalnie przygotowana na oczekiwania festiwalowiczów. Widać było, że nie jest to tylko poboczny projekt. Bardzo pozytywny i nastrajający koncert. Z pewności Rysy idealnie sprawdziły się w rozgrzewaniu widowni przed bardzo tanecznym dniem.
Eagles Of Death Metal
Kacper Rogalewski
Jakkolwiek paradoksalnie to brzmi spędziłem ten koncert na festiwalowej trawie. Mniej się bawiąc, więcej wsłuchując się w każdy dźwięk. Niczego nie mogę zarzucić warstwie muzycznej. Każda partia gitarowa, wokalna czy perkusyjna była zagrana wprost perfekcyjnie. Panowie z Eagles Of Death Metal to świetni muzycy, którzy są wstanie poprowadzić za sobą tłumy. Wróżę wieloletnią światową karierę!
The Libertines
Łukasz Jaćkiewicz
Dinozaury rocka? Takie miałem wrażenie po pierwszych kilkunastu minutach tego zaskakującego koncertu. Pierwsza wizyta tego zespołu w naszym kraju obiła się szerokim echem w mediach. Mniejsze zainteresowanie jednak było na samym festiwalu. Nie oszukujmy się, tłumów nie było. W połowie koncertu spokojnie można było dojść prawie do samych barierek. Po drodze ominąć jednak było trzeba grupę kilkudziesięciu stałych fanów zespołu, którzy skakali, śpiewali i obijali się o każdego z nas. Muzycznie było ok. Mimo tylu lat na scenie, nie stracili swojej charyzmy. Śpiewanie natomiast do jednego mikrofonu wydawało się bardzo oldschoolowe, a ich usta prawie się ze sobą stykały. Takie życie rockandrollowców.
Kacper Rogalewski
Nikt nie zaprzeczy chyba, że The Libertines w Polsce mają kosmicznie niską popularność. I nie chodzi o to, że ta popularność jest do czegokolwiek potrzebna. Jednak to dzięki niej dany artysta może zostać mianowany headlinerem imprezy. Kompletnie zapominając o warstwie muzycznej, organizatorzy festiwalu chyba zapomnieli dla kogo potencjalnie sprowadzają artystów. Wcale nie są to brytyjscy goście u których zespół The Libertines to ogromna marka. Tym samym nie należy się dziwić bardzo niskiej frekwencji na koncercie czwartkowego headlinera. Polacy po prostu ich nie kojarzą. Abstrahując od tego, iż tworzą oni bardzo dobry brytyjski rock. Trzeba liczyć siły na zamiary i o tym powinien myślę Mikołaj Ziółkowski (główny organizator Open’er Fesitvalu). Poza tym uważam, że był to bardzo ciekawy koncert. Materiał o miliard razy lepiej brzmi w wersji koncertowej niż na żywo. Miejmy nadzieję, że dzięki tej wizycie wszyscy nasi rodacy chętniej przesłuchają takie klasyki jak Up the Bracket.
Piotr Krajewski
Wybrałem się na ten koncert totalnie nieprzygotowany. Pierwszy raz posłuchałem zespołu kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu. To nie przeszkodziło mi jednak w całkiem dobrej zabawie. Przyznam, że były momenty, gdy nóżka mi chodziła w takt dźwięków i poczułem klimat prawdziwego rockowego koncertu. Anja Rubik, stojąca wtedy tuż za mną, odczuwała chyba to samo, szalejąc, skacząc i śpiewając wspólnie z zespołem – jak prawdziwa, pierwszoligowa fanka rock’n’rolla.
Major Lazer
Łukasz Jaćkiewicz
Najlepszy „koncert” wieczoru? Wielu z nas zapewne ma takie zdanie o tym wydarzeniu. Impreza dnia? Zdecydowanie! Sztos, miazga i wielkie show. Któż by się spodziewał, że kolektyw producencki tak rozerwie tłum. W końcu to muzyka puszczona w większości z głośników. A działo się dużo. Diplo ze swoją spółką cały czas krzyczeli do tłumu, skakali po scenie, rzucali się na publiczność w wielkich balonowych kulach. Nie zabrakło serpentyn, konfetti, rzucaniem do tłumu pamiątkowych gwizdków, banknotów i rozdawaniem flag. Panowie zdejmowali koszulki (panie piszczały!), tańczyli wraz z gorącymi tancerkami. Imprezowy sztos! Cieszy mnie to, że w porównaniu do Marka Ronsona na Orange Warsaw Festival, coś się tu działo, a nie tylko panował zastój przy konsoli. Set natomiast był wyrównany, choć czułem niedosyt do kilku piosenek (średnie Lean On, mające wielki imprezowy przekaz). Stałem natomiast przy barierkach z Pawłem i było zacnie!
Kacper Rogalewski
Czegoś takiego to ja w życiu nie widziałem. Jeżeli miałbym sobie wyobrazić wzorowy przykład imprezy z pewnością przypomniałbym sobie o tym koncercie. Nie ma chyba rzeczy, której na tym koncercie zabrakło. Pomimo tego, że nie są to kompletnie moje klimaty nie mogłem powstrzymać się od wspaniałej zabawy. Prawidziwy szacunek dla członków zespołu Major Lazer. Świetnie przygotowali się do wizyty w naszym kraju. Od powiewania flagą, przez fajerwerki, aż do fal ognia. Panowie po prostu zorganizowali bardzo dobre show. A w końcu chyba to właśnie na tym polega sens występowania takich projektów. No i ten kontakt z publicznością.
Piotr Krajewski
Oj działo się, działo! Ten koncert był jedną wielką imprezą, różniącą się od tej klubowej jedynie tym, że miała miejsce na środku lotniska. Po godzinie spędzonej na szalonym skakaniu, nie wiedziałem jak się nazywam. I choć nie słucham na co dzień takiej muzyki, to bawiłem się rewelacyjnie. Mnogość różnych, stale zmieniających się dźwięków, przekraczających niewątpliwie dopuszczalną dawkę sprawiła, że trudno jednoznacznie opisać taki koncert. Istne szaleństwo z fajerwerkami i konfetti w tle.
Django Django
Kacper Rogalewski
Szybko uciekłem spod głównej sceny festiwalu, a to specjalnie dla zespołu Django Django. Liczyłem na dobrą zabawę i wspaniałą muzyką. Oczywiście się nie zawiodłem. Bowiem koncert tego zespołu był ekstremalnie dynamiczny. Nie widziałem ani jednej osoby, która mogłaby się poczuć znudzona. Cały namiot tańczył w rytm najpopularniejszy utworów kapeli. Jedynym problemem momentami mogły być lampy stroboskopowe. Zdecydowanie oświetleniowiec Django Django zbyt często ich nadużywał. Poza tym wspaniałe show. Według mnie ten koncert należy do grupy tych najlepszych.
Faithless
Kacper Rogalewski
Żyjąca legenda, która po wielu latach powróciła do Gdyni. Cieszę się bardzo, że byłem na tym koncercie. Albowiem otworzył mi on oczy na muzykę elektroniczną. Członkowie zespołu Faithless udowodnili wszystkim, że muzyka komputerowa wcale nie polega na graniu utworów z laptopa. Wręcz przeciwnie. Koncert ozdobiony był w ogromną ilość ciekawych instrumentów oraz syntezatorów. Bardzo przyjemne i stonowanie zakończenie dnia.

