Site icon All About Music

All About Music na Open’erze 2015. Relacja Łukasza, Piotra i Kacpra z dnia pierwszego

Tegoroczny Open’er Festival za nami. Cztery dni koncertów minęły nam w oka mgnieniu, wciąż marzymy o kolejnych dziesięciu. Nasza ekipa przygotowała dla Was relacje z każdego dnia, abyście mogli z nami powspominać. To co, zaczynamy? Pierwszego dnia na scenie pojawili się m.in. Drake, Kodaline, alt-J, Alabama Shakes, Chet Faker, A$AP Rocky czy Modest Mouse.

To był chyba najgorętszy festiwal ostatnich lat. Temperatury sięgały zenitu, pot lał się po plecach, a z twarzy nie znikały szerokie uśmiechy. W tym roku największe powodzenie jak zwykle miały dwie sceny: Main Stage oraz Tent Stage.  Rangę trzeciej największej sceny uzyskało natomiast Alter Stage. Festiwal ponownie przyciągnął tysiące festiwalowiczów i dziesiątki celebrytów. A co dokładnie się działo, przeczytacie poniżej!

Nasza relacja trochę może nie mieć rąk i nóg. Wyszczególniliśmy poszczególne zespoły, na których byliśmy, a pod nimi macie krótkie komentarze osób, które wybrały się na dany koncert

Kodaline

Łukasz Jaćkiewicz

Festiwal zaczął się dla mnie od Kodaline. Zanim jednak wystąpili na scenie, miałem możliwość przeprowadzenia z chłopakami wywiadu, który już niedługo ukaże się na łamach naszego portalu. Była to miła rozmowa, a muzycy byli bardzo sympatyczni i rozgadani. Widoczna w niektórych wywiadach granica między „dziennikarzem”, a „gwiazdą muzyki” została tu zatarta, traktowaliśmy się po prostu jak najlepsi znajomi. Wracając jednak do występu, trzeba przyznać, że przyciągnęli naprawdę tłumy. Zazwyczaj koncerty rozpoczynające się po godzinie 16. przyciągają jedynie zagorzałych fanów. Tu jednak zgromadziło się naprawdę sporo ludzi. Koncert był bardzo poprawny i równy. Zespół zaprezentował zarówno nowe utwory jak i nowe, co pewnie ucieszyło fanów bandu. Mam jednak wrażenie, że brakowało tu pewnego rodzaju energii. I choć wokalista starał się pobudzić publiczność (z pozytywnym efektem), występ trochę mnie znużył. Ale może to tylko moje wrażenie…

Piotr Krajewski

Bardzo długo czekałem na ten dzień, kiedy w końcu zobaczę Kodaline. Jako fan zespołu, lepszego początku festiwalu nie mogłem sobie wymarzyć. Mało brakowało, a spóźniłbym się na to wydarzenie. Wszystko skończyło się jednak dobrze. Bawiłem się świetnie. Dokładnie tak, jak sobie wcześniej zaplanowałem. Chłopaki nie zawiedli i swój pierwszy koncert w Polsce potraktowali poważnie. Pokazali się z dobrej strony i mam nadzieję, że tym samym zyskali kolejnych fanów. Publiczność odwzajemniła się naprawdę żywym odzewem, którego szczerze mówiąc – sam się nie spodziewałem. Zespół to zauważył i widać było, że byli niezmiernie zadowoleni. Nie jest łatwym zadaniem otwierać główną scenę wielkiego festiwalu. Kodaline odwalili kawał dobrej roboty.

Kacper Rogalewski

Artyści otwierający w tym roku główną scenę mieli niezwykle utrudnione zadanie. Bowiem musieli oni poradzić sobie z rażacym słońce oraz publicznością, która jest pełna energii na cały dzień. Kodaline natomiast swoje zadanie całkowicie wykonali. Nie był to koncert porywający, ale na pewno nie można nic zarzucić tym młodym muzykom z Dublina. Z pewnością występ Kodaline nie należy do tych najbardziej zaskakujących, gdyż panowie po prostu zagrali poprawnie. Obyło się bez zaskoczeń i szczególnych niespodzianek. Usłyszeliśmy standardową setliste w wykonaniu zespołu, która zawierała zarówno kawałki z tych najstarszych i najnowszych wydawnictw.

Łukasz Jaćkiewicz podczas wywiadu z Kodaline, efekty wkrótce na AAM

A$AP Rocky

Łukasz Jaćkiewicz

Zanim jednak przybyłem na jego koncert, wstąpiłem na chwilę na rumuński zespół Golan, zapowiadany jako jeden z tych na który warto pójść i poznać. Ich muzyka to jednak nie moja bajka. Mimo alternatywno-tanecznego brzmienia i tupania nóżką w miejscu nie zostałbym do końca. A$AP Rocky to natomiast z bardziej energetycznych koncertów tego dnia. Raper pojawił się w Gdańsku ze swoją stałą ekipa, która na scenie nie odstępowała go prawie na krok. Miało się dzięki temu wrażenie, że jest to jakiś kolektyw, a nie występ samego rapera. Jako fan rapsów jednak, byłem całkowicie usatysfakcjonowany. Godzinny koncert to wybuchowa dawka energii, a nikt z przybywających nie stał w miejscu. Panowie skakali i przemieszczali się z prawej strony sceny na lewą. Mimo wykrzykiwania kolejnych wersów z szybkością światła, ani na chwilę nie dało się odczuć zadyszki. Cieszy mnie fakt, że panowie odpuścili sobie długie monologi do publiczności i postawili na muzykę. To mogłoby wtedy zdawać się zbyt nudne i monotonne. Występ bardzo udany, liczę na kolejne koncerty Amerykanina w Polsce.

Kacper Rogalewski

Rozbujać publiczność po momentami nudzących muzykach z Kodaline udało się niejakiemu Rakimemu Mayersowi. Amerykański raper przy wsparciu swoich kolegów pobudził widownie prezentując swoje najpopularniejsze utwory. Myślę, że koncert zapewnił rozwrywkę nie tylko fanom A$APa.  Całe show było bardzo dynamiczne przez co wszyscy musieli oddać całą swoją energię przy głównej scenie.

Piotr Krajewski

Raper i występująca z nim ekipa pokazali się z dobrej strony. Wzajemnie się nakręcali i rozgrzewali publiczność wspólnymi siłami. Poskutkowało, bo ludziom naprawdę się podobało. Osobiście bawiłem się całkiem nieźle, ale będąc całkowicie szczerym – nie czuję tego rodzaju muzyki na tyle mocno,  żeby móc z niej wyciągnąć coś wartościowego dla mnie. Koncert był po prostu dobry. Wystarczyło popatrzeć na resztę festiwalowiczów.

fot. ishootmusic.eu / Michał Murawski
fot. ishootmusic.eu / Michał Murawski

Natalia Przybysz

Łukasz Jaćkiewicz

Szczęka opada, gdy widzi się występy takich polskich artystów, jak Natalia. Gdy wydała swój ostatni album, długo nie mogłem przestać jej słuchać. Pobiłem chyba wówczas wszelkie rekordy odtworzeń na Spotify. To właśnie temu albumowi, poświęcony był ten koncert. Natalia świetnie wypada w spokojnych utworach jak Nazywam się Niebo, jej głos magicznie brzmi także w energicznych melodiach. Był Miód i sen o wielkim biuście, który śpiewali wszyscy. Były przepiękne Kwiaty ojczyste i obłędne XJS. Jej głos pięknie komponował się w melodię Janis Joplin i cudowny Niebieski. Podczas występu mogliśmy tez premierowo obejrzeć tzw. lyric video do nowego singla Nie będę Twoją laleczką. Jeden z piękniejszych polskich koncertów tego festiwalu.

Modest Mouse

Łukasz Jaćkiewicz

Ten zespół to zwyczajnie nie moja bajka. Pojawiłem się jednak na ich koncercie z zwykłego zaciekawienia i marzenia, że olśnią mnie czymś. Tak się jednak nie stało. Od samego początku widać było problemy techniczne, a sam zespół niespecjalnie mnie ujął. Brakowało mi tu energii, pewnego wooow. Niespecjalnie zaintrygował mnie też wokal, który wręcz mnie irytował. Koncert poprawny, ale bez polotu.

Kacper Rogalewski

To miał być niesamowity koncert. Wierzyłem, że panowie zaprezentują swoją najnowszą płytę, która w moim mniemaniu jest świetna. Jednak występ Modest Mouse przyniósł za sobą falę rozczarowania. Na koncercie brakowało jakiegokolwiek kontaktu z publicznością. Można było odczuć, iż muzycy z tego zespołu grają bez emocji. Niestety ten wyczekiwany przeze mnie zespół otworzył worek z największymi porażkami Open’era 2015. A szkoda.

fot. ishootmusic.eu / Michał Murawski

Chet Faker

Łukasz Jaćkiewicz

Znam Cheta Fakera, jednak nigdy nie byłem jego wielkim fanem. Było to także moje pierwsze zetknięcie koncertowe z tym fanem. Jego występ to jednak dowód na to, że swoje zdanie można zmienić od tak, w oka mgnieniu, po godzinie koncertu. Magiczna aura Tent Stage’u doskonale pasowała do jego występu. Wizualizacje i światła świetnie roznosiły się daleko od sceny, a sam Chet śpiewał nieziemsko. Muzyka – kolejny plus. Miałem wrażenie, że wersje koncertowe mają o wiele lepsze brzmienie, czuło się tu taką idealną autentyczność.

Piotr Krajewski

Moje pierwsze spotkanie z klimatem Tent Stage. Niezapomniane. Bawiłem się kapitalnie i cieszę się, że to właśnie Chet pokazał mi magię tej sceny. Przepis na świetny koncert? Wielki namiot pełen ludzi, wysoka temperatura, niewielka scena i muzyka Fakera, która brzmi jeszcze lepiej w wersji koncertowej. Jeden z lepszych koncertów festiwalu.

fot. Bartek Bajerski
fot. Bartek Bajerski

Drake

Łukasz Jaćkiewicz

Jeden z koncertów,  na który czekałem najbardziej. Prawdziwy headliner, gwiazda światowego formatu. Drake pojawił się w Polsce po raz pierwszy i mam nadzieję, że nie ostatni. Sam zainteresowany zapowiedział swój powrót do naszego kraju. Na scenie działo się dużo. Drake doskonale pasował na Main Stage. Ma niezłe flow, doskonale współgra z prezentowaną przez siebie muzyką. Ma doskonały kontakt z publicznością. I choć wypowiada się trochę pompatycznie, miałem wrażenie, że nawet ludzie nieznający angielskiego zrozumieli jego słowa. Jedynym zarzutem są jego największe hity, które po prostu ucinane były po pierwszej zwrotce i refrenie. Czemu?! Drake nie ma u nas statusu jakiejś wielkiej gwiazdy, większość zna go z kilku kawałków. Z kawałków, które usłyszeliśmy we fragmentach… Szkoda. Nie mniej jednak bardzo udany występ, jakich chciałoby się wiele.

Piotr Krajewski

Wiem, że teraz mogę narazić się wielu fanom Kanadyjczyka. Niestety, jego koncert nie ruszył mnie zupełnie. Prócz kilku naprawdę dobrych momentów, nie odczułem nic wyjątkowego. Wielka szkoda, bo muzykę Drake’a lubię. Zauważyłem jednak, że raper lubi dużo mówić do publiczności. Za dużo. Zamiast skupić się nieco bardziej na występie, Drake czarował widownię zupełnie niepotrzebnymi tekstami. Cenię tego artystę, ale headlinerem nigdy bym sam go nie nazwał. Długo będę żałował, że wybrałem cały jego koncert, zamiast występu Father John Misty na Tent Stage. Bywa.

Kacper Rogalewski

Byłem sceptycznie nastawiony do tego koncertu. Bałem się wręcz jak Drake poradzi sobie z wyjątkowo wymagającą publicznością Open’era. Wszystko zaczęło się o maleńkiej wtopy. Bowiem muzyk spóźnił się ponad pół godziny. Nie ukrywam, że niezwykle zniechęciła mnie ta sytuacja. Uważam, że spóźnianie się na właśnie koncerty jest po prostu brakiem szacunku dla oczekujących fanów. A już w ogóle biorą pod uwagę fakt, iż wszyscy inni artyści festiwalu są w stanie przybyć na czas. Czyżby zbyt wielkie mniemanie o własnej osobie? Na szczęście w momencie rozpoczęcia się koncertu wszystkie niemiłe myśli odleciały gdzieś w kosmos. Wbrew zapowiedziom, Drake świetnie poradził sobie z presją headlinera. Koncert ozdobiony był wspaniałym kontaktem z publicznością oraz imponującymi wizualizacjami. Owszem bywały momenty dość kontrowersyjne. Chodzi głównie o maksymalnie krótkie utwory, czy przerwa podczas której piosenki były po prostu puszczane z odtwarzacza. Jednak z koncertu wychodziłem zadowolony. Pomimo tego, że musiałem wyjść szybciej czułem satysfakcje z obecności Audreya Grahama na tegorocznym festiwalu.

fot. ishootmusic.eu / Michał Murawski
fot. ishootmusic.eu / Michał Murawski
fot. ishootmusic.eu / Michał Murawski
fot. ishootmusic.eu / Michał Murawski

Father John Misty

Kacper Rogalewski

Lekko zmęczony po skakaniu na występie Drake’a postanowiłem przybiec na Alter Stage. Wówczas na tej scenie występował Father John Misty. Człowiek, który nagrał płytę będącą stałym bywalcem w moim odtwarzaczu. Ten koncert uznaje za jeden z lepszy podczas Open’era 2015. Muzyk był przeogromnie charyzmatyczny na scenie. Rozmawiał z publicznością, opowiadał anegdoty i żartował. To wszystko w połączeniu z muzyką zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Atmosfera tego występu po prostu zachwycała. Nie mialem ochoty odstępować Fathera nawet na krok, jednak w namiocie czekała już na mnie bardzo wyczekiwana niespodzianka.

Alabama Shakes

Kacper Rogalewski

Pełny wspaniałej energii odwiedziłem scenę namiotową na którą za chwile miał wejść zespół Alabama Shakes. Nie da się ukryć, iż wiele osób wiązało ogormne nadzieje w związku z koncertem tego zespołu. Na szczęście chyba nikt się nie zawiódł. Britanny to przede wszystkim onieśmielający wokal. Czegoś takiego w całym swoim 19-letni życiu nie słyszałem. Wszystko w tym występie było profesjonalnie zaprezentowanie. Można było zauważyć, iż Alabama Shakes niesamowicie szanują swoje widza. Muzykom maksymalnie zależało na tym, aby dać z siebie wszystko. Ostatecznie wszystko zrobiło na mnie wspaniałe wrażenie. Według mnie ten koncert należy do tych najlepszych podczas tegorocznej edycji.

alt-j

Łukasz Jaćkiewicz

Nie do końca rozumiem fenomen tego zespołu, ale stali się jednym z czołowych bandów grających indie rocka. Panowie od nowa definiują pojęcie zespołu, wokalista nie gra tu pierwszych skrzypiec – są równi wobec siebie. Występ mi się dość podobał, mimo różnego rodzaju stylistycznych utworów, które nie do końca mi się zlewały w całość. Było kameralnie, chyba zbyt kameralnie na Main Stage. Ten zespół widziałbym zdecydowanie ponownie na Ten Stage. Tam byłoby to o wiele bardziej magiczne. Nie mniej jednak podobało mi się i przy następnej okazji na pewno również pojawię się na ich koncercie.

Piotr Krajewski

Pierwszy dzień festiwalu na Main Stage zakończył się naprawdę dobrze. Choć temperatura tego wieczoru nie przypominała zupełnie lata, to zespół szybko rozgrzał publiczność i wszyscy zapomnieli, że było raptem tylko kilkanaście stopni powyżej zera. Alt-J zagrali świetny koncert i pokazali, że zasługują, aby dawać występ na głównej scenie. Widownia oszalała przy Breezeblocks, Dissolve Me czy Left Hand Free.

Kacper Rogalewski

Zdecydowanie nie potrafię wypowiedzieć się obiektywnie na temat tego zespołu. Bowiem jestem jego ogromnym wielbiciem. Moja miłość trwa od pamiętnego koncertu tych panów na Tent Stage. W raz z kolejną edycją Open’era przychodziły obawy czy ta brytyjska kapela poradzi sobie z największą sceną festiwalu. Jednak już od rozpoczęcia występu mogłem spokojnie odetchnąć. Zarówno wokalista jak i instrumentaliści poprawnie radzili sobie z własnym repertuarem. Alt-J za pomocą dużej publiczności wprowadzili bardzo spokojny nastrój. O dziwo bywało momentami niesamowicie intymnie i prywatnie. Aczkolwiek w końcu w takich okolicznościach najlepiej słucha się dokonań muzyków z Leeds. Mój zachwyt podsyciły także bardzo dobrze dobrane inluminację. Jestem przekonany, że nie będzie to mój ostatni koncert tego cudownego zespołu.

Die Antwoord

Łukasz Jaćkiewicz

Destrukcja. Szaleństwo. Szał ciał. Dźwięko-bicie. Psychiczne zniszczenie. Psychodelia. Imprezowe morderstwo. Te słowa najlepiej opisują to co się działo na zakończenie pierwszego dnia festiwalu. Już po zapowiedziach mogliśmy spodziewać się wielkiego show. To co jednak pokazali nam, przeszło wszelkie oczekiwania. Działo się tu wszystko! Potężne basy, dziecinna lekkość głosu wokalistki, niecenzuralne wizualizacje i energia, którą można by swobodnie opisać jako „totalny rozpierd**”. Tłumy szalały, nikt nie stał w miejscu. Wszystko tu miało jakiś cel – kompletną imprezę w towarzystwie południowoafrykańskich freaków! Miazga!

Kacper Rogalewski

Nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu. Ta muzyka po prostu do mnie nietrafiała. Wszystko zmieniło się pierwszego dnia festiwalu. Kiedy to Yolandi oraz Ninja zaprezentowali swoją twórczość na scenie namiotowej. Frekwencja na tym koncercie była przeogromna, dlatego też potańczyłem na samych tyłach tent stage. Jednak fakt ten nie przeszkodził mi w dobrej zabawie. Podczas 1,5 godzinnego show moglismy usłyszeć największe hity grupy takie jak Ugly Boy, I Think You Freaky, Baby’s on Fire czy Enter the Ninja. Nie widziałem chyba osoby, która by się nie bawiła. Na tym koncercie nie brakowało niczego.Momentami z tego powodu bywało kiczowato czy nadzwyczaj dziwnie. Jednak wydaje mi się, że taki jest urok tego zespołu. Przebojowość, szaleństwo i siła persfazji to drugie imiona członków zespołu Die Antwoord. Szczególny podziw wzbudził u mnie Ninja, który radził sobie o wiele lepiej od swojej koleżanki. Mimo swoich uprzedzeń zapamiętam ten koncert na długie lata!

fot. Bartek Bajerski
fot. Bartek Bajerski

All About Music Open’er Team

Piotr

Kacper

Łukasz

Exit mobile version