Björk to jeden z niekwestionowanych filarów współczesnej sceny muzycznej. Ta utalentowana Islandka czaruje, hipnotyzuje i olśniewa niemal od 40-tu lat, choć sama nie dobiegła jeszcze nawet 50-tki! Posiadaczka jednego z najbardziej rozpoznawalnych sopranowych głosów na całym świecie. Sam mistrz, Lars Von Trier ( Antychryst, Melancholia, Nimfomanka), poprosił ją o skomponowanie soundtracku do głośnego dzieła Tańcząc w ciemnościach i błyskawicznie umieścił na planie u boku samej Catherine Deneuve. Owocem owej współpracy jest to, że Björk jako jedna z niewielu piosenkarek, poza osiągnięciami na arenie muzycznej, może poszczycić się także słynną Złotą Palmą Festiwalu Filmowego w Cannes! 20 stycznia wróciła z najnowszym, 9-tym już albumem studyjnym zatytułowanym Vulnicura. Zapraszam do degustacji!
Krążek rozpoczyna urzekająca singlowa kompozycja Stonemilker. Utwór otwierają sennie sączące się z tła smyczki przygotowujące muzyczną przestrzeń na wynurzenie się z tła wokalizy. Dzięki wielopłaszczyznowej, niebanalnej konstrukcji instrumentalnej, zakładającej nie powielanie linii melodycznej przez wokalizę, kompozycja nabiera nieoczekiwanej przestrzeni. Głos rozwijający się dotąd zgodnie z sekcją smyczkową, w refrenach zaczyna obejmować pojedynczą artykulacją, coraz szersze partie dźwięków. Dzięki temu sprawia wrażenie nieco opóźnionej względem linii melodycznej i zupełnie odeń oderwanej, choć tak naprawdę jest jedynie nieco względem tej opóźniona w czasie. Trzeba nie lada talentu, by mimo tej pozornej niezgodności utrzymać utwór w ryzach i zgrabnie wejść w melodyjną, durową zwrotkę następująca po refrenie. Podobna technika została zastosowana w utworze Atom Dance.
Lion Song z kolei urzeka wewnętrznym napięciem i skargą. Kawałek rozpoczyna pozornie kakofoniczny, choć tak naprawdę zamykający się w tym samym akordzie przedstawionym w kilku tonacjach wielogłos. Nieoczekiwanie z tego nieokrzesanego dźwięku wyłania się pełen drżenia błagalny śpiew artystki. Efekt „błagania” i rozedrgania został osiągnięty dzięki rewelacyjnej modulacji głosu, wzrastającego w moc z każdym kolejnym refrenowym taktem. Smyczkowe tło instrumentalne jedynie dopełnia artystyczną kreację wokalną, w której zawiera się cały wachlarz emocji. W drugiej części utworu smyczki zostają podbudowane dodatkowymi efektami elektronicznymi, charakterystycznymi dla gatunku trip-hopu, co paradoksalnie czyni wokalizę jeszcze bardziej „osamotnioną”.
History of Touches to kompozycja pełna mocy, łącząca dzikie piękno nieujarzmionej natury z subtelnym muzycznym wdziękiem. Wysokotonowa, brzmieniem bliska organom elektronika pociąga za sobą wokal, który z każdym kolejnym taktem pnie się wzwyż pięciolinii. Subtelna zmiana barwy dźwięków elektronicznych i nieznaczne obniżenie tonacji, któremu odpowiada obniżenie wokalizy, zaskakuje nas całkowicie w drugiej części utworu. Zarówno motyw wiodący jak i partia głosowa wracają tutaj „na swoje miejsce” i dopiero teraz zdajemy sobie sprawę z rozpiętości dźwięków i efektów, tej niesamowitej muzycznej podróży, którą właśnie przebyliśmy.
Black Lake jest delikatne, wdzięczne i chyba bardzo kobiece. Subtelne, smyczki stanowią tutaj jedynie tło dla melancholijnego, przepełnionego dramatyzmem, choć niezwykle stonowanego wokalu. Głos jest niczym rzeka – swobodnie płynie, rozlewając się nad utworem syrenim smutkiem. W drugiej części utworu pojawiają się akcenty elektroniczne, a natężenie dźwięku stopniowo wzrasta ale tylko po to, by zabrakło tego spodziewanego wybuchu i ponownie osamotnić wokal. To nie tło ma tutaj wybuchnąć. To głos, stopniowo wzrastający w swej skardze, natężeniu i wysokości nareszcie osiąga szczyt, by pozostawić po sobie jedynie mieniące się dogasającym blaskiem, niemal litanijne tło.
Całkowita zmiana nastrojowości pojawia się w Family. Kawałek jest ciężki, niepokojący, pełen zapętleń, powtórzeń wokalnych, zwielokrotnień, szeptów. Mrocznej wokalizie towarzyszy wciąż opadające w dół pięciolinii tło, bazujące w dużej mierze na rozwijaniu akordów pochodzących z różnych tonacji. Osiągnięty w ten sposób efekt muzycznego „bzyczenia” w połączeniu z wdzierającymi się w konstrukcję systematycznymi uderzeniami wywołuje napięcie grozy. W drugiej części utworu całe tło gwałtownie zostaje urwane, a na planie pierwszym pojawiają się wiodące smyczki. Ten gwałt zadany owej misternej kompozycji ostatecznie pozostawi wokal niemal nie obudowanym, nagim i samotnym w kosmicznej przestrzeni dźwięków. I dopiero tutaj właściwa historia się rozpoczyna, bo każdy kolejny wyśpiewany takt w tak zbudowanej kompozycji wydaje się rozpaczliwą próbą odnalezienia tożsamości. Ślizgająca się po kolejnych dźwiękach wokaliza szuka samej siebie w oceanie niewiadomych. Coś nieprawdopodobnego! Absolutny majstersztyk i bodaj jeden z najbardziej symbolicznych utworów jakie słyszałam, bo tutaj sam sposób artykulacji i modulacji jest obudowany symboliką.
Not Get wydaje się kontynuować te mistyczne poszukiwania. W pierwszej części zostaje wykorzystany motyw bliski radosnej, dziewczęcej piosnce ale zaraz, zaraz! Coś tutaj nie pasuje! Wokaliza, po której spodziewalibyśmy się promiennej durowej tonacji w całości jest zanurzona półtonach, dzięki czemu melodyka wydaje się rozłamana. Nastroju całości dopełnia elektronika sącząca się z tła przypominająca dźwięki rozświetlonych karuzeli z wesołego miasteczka. Ale tutaj wszystko jest przyodziane w czerń, połamane. Karuzele popsuły się i w kółko powtarzają półtony, a wraz z nimi również wokal błądzi po półtonowym pustkowiu, nie mogąc osiągnąć pełnotonowej wartości melodii. Podobnie rzecz ma się w przypadku Mouth Mantra. Wokaliza wydaje się wciąż i wciąż szukać siebie – piętrzyć się, zapętlać, zmieniać natężenie, wysokość.. Wszystko na nic!
Dopiero zamykający album utwór Quicksand przynosi wokalizie pełną rozpiętość dźwiękową. Elektroniczne, sięgające wysokich tonacji, choć stonowane tło zapowiada pojawienie się głosu w pełnej jasności i chwale, otwartego, sięgającego najwyższych rejestrów i ponownie dysponującego całą gamą dźwięków.
Björk to nie tylko doskonała piosenkarka, czy świetna aktorka, ale przede wszystkim niezrównany kompozytor. Mało kto potrafi okiełznać i sprowadzić do jednej spójnej opowieści muzycznej tak bardzo sprzeczne tonacje i nawet z największego mroku wydobyć to co najjaśniejsze, czyli właśnie głos. Być może błądzę ale dla mnie Vulnicura to poetycka, gęsto usiana symboliką i wielopłaszczyznowa opowieść o szukaniu tożsamości, błądzeniu po omacku w kosmicznej przestrzeni dźwięku i samego siebie! Björk wychodzi z tej batalii zwycięsko!


