Zgodnie z powszechnie przyjętą definicją, globalizacja to proces upodobnienia rożnych sfer działalności człowieka na każdym kontynencie w tym również szeroko pojętej kultury. W kręgu muzyki popularnej uskutecznia to kalifornijski raper Armando Pérez, znany na całym świecie jako Pitbull. On jednak w przeciwieństwie do innych twórców nie kryje się ze swoimi zamiarami: od kilku lat serwuje nam płyty przeplatane tymi samymi patentami i beatami, podanymi w innych, równie nudnych formach. Jego kolejny album, nazwany Globalization (a jakże) kontynuuje formułę wymieszania czego się da, dodania znanych sampelków albo innych gwizdów, które spodobają się każdemu w pewnych jasno określonych ,,sytuacjach”. Formuła ta jednak nieco się wypala, czego dowodem jest znikoma ilość sprzedanych kopii tego ,,dzieła”.
O muzyku wiele już było powiedziane. Coraz częściej kojarzony jest raczej z niepohamowaną chęcią zysku niż stworzenia utworów nieogłupiających słuchaczy. Pitbull udowodnił przecież, że jest istną fabryką hitów – 60 milionów sprzedanych singli na całym świecie robi wrażenie. Mimo tego nadal kurczowo trzyma się sprawdzonych recept na tworzenie radiowych łupanek, bezpiecznej konwencji i utartych ścieżek, które najwyraźniej wystarczają mu, aby ten międzynarodowy sukces podtrzymać. Dostajemy więc jedenaście kompozycji, w których nie ma niczego, co mogło by zaskoczyć i chociaż na chwilę zachwycić przeciętnego Kowalskiego, nie mówiąc już o krytykach muzycznych, którzy unikają go jak diabeł święconej wody.
To tak, jakby do blendera wrzucić to co akurat mamy w lodówce i oczekiwać innych rezultatów. Mieszanka popu z elektroniką, elektroniki z hip-hopem, hip hopu z popem czy dźwięków salsy, dance i house’u to hybryda, która już nie porywa do tańca, a raczej wywołuje ból głowy. Na prześwity brazylijskiego szaleństwa, które słychać w pierwszych trzech kawałkach oraz w kończącym, wszystkim doskonale znanym We Are One (Ole Ola), wpływ z pewnością miały Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w słonecznej Brazylii których Pitbull był w pewnym sensie częścią. Lecz latynoskie brzmienia nie spełniają tu swojej roli, a odsłuch wokalu Chrisa Browna w pseudo-tanecznym Fun niektórych jego fanów przyprawić może o lekką nutkę zażenowania. W większości pozycji na Globalization liryka, jeśli można to tak nazwać, kręci się wokół tych samych tematów: fun, fuck, drink, bitches, hotels, party i innych tego pokroju kolokwializmów. Pitbull nie zapomina również przy tym o swoim firmowym Mr. Worldwide, do którego zdążył nas przyzwyczaić.
Nie mogę zapomnieć o pochwałach dla Globalization. Pochwałach niestety nielicznych. Na uwagę zasługują bowiem dwie kompozycje: This Is Not A Drill nagrane wspólnie z Bebe Rexha i Time Of Our Lives z wokalem wydającego za jakiś czas swój solowy album Ne-Yo. W pierwszej z nich przyciąga tajemniczy wokal dwudziestopięcioletniej debiutantki połączony z dziwacznym, ale i ciekawym zarazem trap-popem czy mocarnymi refrenami. Kompozycja z Ne-Yo z kolei to ich drugi efekt współpracy (po Give Me Everything z 2011 roku), który jest nieco mniej nachalny niż propozycja sprzed czterech lat. Bardziej przemyślana wydaje się tez na tle całego 'Globalization’. Nieco naciąganą zaletą ósmej płyty Pitbulla jest odejście od samplowania starszych kawałków, które raper czynił nagminnie na poprzednich płytach. Z dwunasooczkowej tracklisty Global Warming ponad połowa z piosenek zawierała pożyczone patenty, niejednokrotnie skłaniające słuchacza do wykrzyczenia ,,Gdzieś już to słyszałem”. Na recenzowanym wydawnictwie w oficjalnym wykazie sampli znajdziemy na szczęście tylko dwa sampelki: Passinho do Volante (Ah! Lelek Lek Lek) autorstwa MC Federado wykorzystane w Ah Leke i I Just Want to Celebrate Rare’a Eartha w kompozycji numer 4. Cechą wszystkich longplay’ów rapera, która zawsze przyciągnie choć na moment uwagę opinii publicznej są sławetne featuringi. Jeśli nie było kogoś na ich liście, to wkrótce się tam pojawi. Mniejszym złem jest przecież kolejny występ Jennifer Lopez niż kulawy rap Pitbulla. No ale po co eksperymentować, skoro hajs się zgadza?
Sześćdziesiąt dwa miliony fanów na Facebooku – nie wnikam, ile z nich jest prawdziwymi fanami Amerykanina znającymi jego całą dyskografię od deski do deski. Jeśli jednak znajdzie się chociaż kilkanaście takich osób to należy im się szacunek. Od kilku albumów przecież Pitbull prezentuje nam te same beaty zmieniając jedynie wokale. Najmniejszej innowacji nie ma również w tekstach. Szaleństwo! Ta taśmowa produkcja owszem sprawdza się na klubowych parkietach, ale nijak ma się do artystycznego sukcesu, którym muzyk najwyraźniej zainteresowany nie jest.

