Śmierć jest bardzo zyskowna. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Najnowsze wydanie Charlie Hebdo ukaże się w co najmniej 20 krajach – przeglądając parę dni temu jeden z portali Internetowych, natrafiłem właśnie na taką informację. Bez zastanowienia kliknąłem w link i zaznajomiłem się z treścią tekstu. Wynikało z niego jasno – gazeta, której pracownicy zostali wymordowani przez islamskich fanatyków, w związku z olbrzymim popytem, zwiększa nakład najnowszego egzemplarza. Wydawcy i właściciele zacierają ręce z radości.

Każdy kij ma dwa końce. Przykład Charlie Hebdo również. Z jednej strony – niewinne osoby, które zostały zabite za wykorzystywanie wolności słowa i myśli. Po tych atakach w całej Europie pojawiło się pytanie: co zrobić z muzułmanami mieszkającymi na naszym kontynencie? Lecz trochę niespodziewanie, pojawiła się też druga strona: zysku.

Wydania gazety z dnia, w którym zabici zostali rysownicy, na przeróżnych aukcjach internetowych osiągają wartości ponad 2 tysięcy euro. Nieoczekiwanie, regionalne pismo zostało wyniesione na ogólnoeuropejski piedestał, pojawiając się w ponad 20 krajach Starego Kontynentu. Śmierć ludzi przyczyniła się do ogromnych przychodów właścicieli gazety. Pewnie nigdy się do tego nie przyznają, ale w głębi serca cieszą się, że te straszne ataki miały miejsce. Rachunek zysków jest ważniejszy od rachunku sumienia.

W tym momencie zadaję sobie pytanie: czy w świecie muzyki nie dochodziło do podobnych sytuacji? Czy śmierć jakiegoś artysty nie wpłynęła na lepszą sprzedaż płyt, lub stanie się legendą?

Oczywiście, że tak. A przykładów nie trzeba szukać głęboko.

Na początku czerwca 2009 roku zakupienie płyty Michaela Jacksona, wbrew pozorom, nie było takie łatwe. Poza Thrillerem i albumem Bad, ciężko było odnaleźć na sklepowych półkach chociażby krążek Dangerous, czy pięknie wydany album HIStory.

Po śmierci Michaela, 25 czerwca 2009 roku, regały nagle zaczęły uginać się od naporu jego kompaktów.Płyty Jacksona wzbijały się na szczyty list sprzedaży mimo, że najnowsza z nich pochodziła z 2001 roku. Bilety na jeden z 50 koncertów, jakie Król Popu miał rozegrać w hali O2 w Londynie, osiągały na eBayu ceny kilku tysięcy dolarów. Nawet uliczni handlarze zaczęli sprzedawać koszulki z wizerunkiem Michaela za 20 złotych.

W roku 1994 pozycja Nirvany w hierarchii grunge’owych potęg nie była niepodważalna. Nie mogę napisać, że powoli odchodzili w niepamięć, ale fakty nie kłamią: Alice in Chains czy debiutujący Pearl Jam, powoli spychali kapelę Kurta Cobaina z zajmowanego od kilku lat najwyższego miejsca na podium. Gdy ostatni studyjny album grupy In Utero, w pierwszym tygodniu sprzedaży w Stanach rozszedł się w nakładzie przekraczającym nieco 140 tysięcy egzemplarzy, debiutancki krążek Pearl JamTen – w ciągu 7 dni od premiery, sprzedał się w liczbie przekraczającej 800 tysięcy sztuk. Kiedy Nirvana grała koncerty w opuszczonych hangarach, czy klubowych salach, Eddie Vader i spółka, wypełniali olbrzymie widowiskowe hale.

5 kwietnia 1994 roku sprawił, że lata 90. do końca świata będą kojarzone z Nirvaną i jej blond liderem – Kurtem Cobainem.

Popełniając samobójstwo, Kurt stworzył z siebie legendę, obiekt kultu i jeden z najważniejszych wizerunków rock&rolla, pojawiający się obok Jimiego Hendrixa, czy Johna Lennona. Nirvana, mimo wydania zaledwie trzech studyjnych płyt, jest dzisiaj ikoną rocka. Zespołem, bez którego ciężko stworzyć ranking najlepszych kapel tego gatunku.

Lecz gdyby Cobain nie popełnił samobójczej śmierci, czy Nirvana byłaby dzisiaj tą samą Nirvaną? Czy prawie 50 – letni Kurt Cobain byłby żywą legendą? Mam co do tego wątpliwości.

Śmierć jest bardzo zyskowna. Śmierć gloryfikuje. Śmierć potrafi wywindować na sam szczyt sprzedaży płytę, od premiery której minęło ponad 20 lat. Artyści, którzy umarli w kwiecie wieku, stają się z automatu legendami. Ich utwory grane są przez kolejne dekady w radiach, dzięki czemu poznają je nowe pokolenia ludzi.

Michael Jackson stał się legendą za życia. Jego image, jego muzyka, jego trasy koncertowe, pokazywały ludziom, że obcują z geniuszem muzyki. Postacią, pojawiającą się prawdopodobnie raz na milion lat. Thriller, według niektórych informacji, sprzedał się w nakładzie ponad 104 milionów egzemplarzy, stając się rekordem Guinnessa, który raczej nigdy nie zostanie pobity.

Jego śmierć była bardzo zyskowna. Nie dla niego – dla otaczających go ludzi.

Gdzie byłaby dzisiaj Nirvana? Czy zajmowałaby miejsca obok U2 i Bon Joviego na listach najbardziej dochodowych tras koncertowych, czy tułałaby się po klubach i festiwalach, w poszukiwaniu sławy sprzed lat? Ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Nie twierdzę, że nie miała potencjału, by być dzisiaj jedną z największych grających obecnie kapel. Jestem wiernym fanem tego tria, ale wiem, iż śmierć jego lidera sprawiła, że stało się ono – w pewnym sensie – nieśmiertelne i nietykalne.

Whitney Houston, Elvis Presley, John Lennon – to tylko pierwsze z brzegu postacie, których odejście z tego świata kończyło się tak samo, jak w przytoczonych chwilę wcześniej historiach. Śmierć jest straszna, ale gdy niesie za sobą wymierne zyski w postaci sum pieniędzy, czy szacunku wśród milionów fanów, traci swoją siłę rażenia.

A właściciele Charlie Hebdo oraz rodziny Jacksona i Cobaina nie narzekają.

Czytaj również