Pisząc ten tekst, jestem chwilę po rozmowie telefonicznej ze sprzedawcą w Empiku, od którego chciałem się dowiedzieć szczegółów związanych z przyszłorocznym koncertem grupy Queen z Adamem Lambertem w Krakowie. Gdy zapytałem o cenę biletów w miarę pod sceną, w słuchawce usłyszałem jego spokojny głos, oznajmiający powalającą mnie kwotę – 395 zł. – To i tak mało, za Stinga w pierwszym rzędzie trzeba zapłacić 1100 zł, a na Eltona Johna, to samo miejsce kosztowało prawie 600 zł – mówi. Mało? Przecież 395 zł to ponad połowa mojej miesięcznej pensji!
Bycie miłośnikiem muzyki jest cholernie drogie. Wiem, że wypisując te słowa nie odkrywam Ameryki, a raczej stwierdzam fakt, z którym większość z Was na pewno się zgodzi. Ja sam od 5 lat, co roku staram się wybierać na występy moich ulubionych artystów, coraz częściej i chętniej odwiedzających nasz kraj. Trzeba się z tego cieszyć, bo jeszcze kilka lat temu Polska była niemalże zawsze omijana przez światowe gwiazdy muzyki. Nie było popytu, nie było potrzeby organizacji wielkich imprez. Management każdego zespołu zawsze bardzo dokładnie bada rynek, na którym ma odbyć się potencjalny występ. Sprawdza, czy dany artysta jest popularny, czy jego utwory znajdują się na rodzimych listach przebojów. W końcu – czy organizacja tego przedsięwzięcia przyniesie oczekiwane zyski. Jeżeli minusów jest więcej niż plusów, koncert się nie odbywa. Jednak – jak możemy się sami przekonać – Polska oferuje tych plusów coraz więcej.
Otworzyliśmy się na gwiazdy z zachodu – a właściwie otworzyliśmy dla nich nasze portfele. Pogodziliśmy się z faktem, którego nie da się niestety zmienić – amerykańskie i brytyjskie gwiazdy grają za amerykańskie i brytyjskie stawki. A w przypadku polskiego rynku i polskich zarobków, są one cholernie wysokie.
Milion dolarów – to minimalna kwota, jaką za swój koncert życzą sobie Paul McCartney czy Metallica. Jeżeli organizator koncertu nie jest w stanie zapewnić im takich pieniędzy, występ nie ma prawa się odbyć. Nieocenione w tym przypadku jest wsparcie finansowe sponsorów, bo bez niego już i tak drogie bilety, stałyby się jeszcze droższe. Najważniejsze są jednak pieniądze ze sprzedaży wejściówek. Im wyższe wymagania finansowe gwiazdy, tym więcej złotówek wypływa z naszego bankowego konta. Chwilę wcześniej napisałem, że ceny te nie są na Polską kieszeń. Żebyście zrozumieli, o co mi chodzi, opowiem Wam krótką historię mojego zarobkowego pobytu w Anglii.
https://www.youtube.com/watch?v=tiz9–FNVCY
Trwał on niecałe 2 miesiące – na przełomie lipca i sierpnia tego roku. Niby niedługi okres czasu, ale otworzył mi oczy i pokazał, jak bardzo polska rzeczywistość różni się od tej brytyjskiej oraz dlaczego coraz więcej ludzi wyjeżdża z naszego kraju. Nie będę się rozwodził nad wszystkimi różnicami tych dwóch państw. Skupię się tylko na tych ściśle związanych z – nazwijmy to – sferą muzyczną. Sposób porównywania polskich i brytyjskich zarobków jeden do jednego – który zaraz zastosuję – wydaje się być do tego najbardziej odpowiedni, ponieważ w obrazowy sposób ukazuje te oczywiste różnice.
Ja, jako pracownik magazynu jednej z brytyjskich firm odzieżowych, zarabiałem najniższą krajową stawkę – 6.51 funta za godzinę. W Polsce najniższy, zgodny z prawem pułap to 6.60 zł. Kwoty niemal identyczne w swej numerologii, ale jak różne w zastosowaniu. W Anglii za 6.51 funta mogłem kupić 12pak Carlinga – dobrego brytyjskiego piwa. W Polsce – za 6,60 zł – mogę dostać co najwyżej 3 butelki Tyskie na promocji w Tesco. Idźmy dalej. W Anglii za 6.51 funta mogłem nabyć chleb, ser, szynkę, ketchup, salami i sałatę lodową. W Polsce za 6.60 zł zakupię co najwyżej chleb i ser biały do kanapek. Widzicie tę podstawową różnicę, co nie? W Anglii za teoretycznie taką samą kwotę pieniędzy (bez przelicznika na naszą walutę), można kupić o wiele więcej, niż u nas. A odwracając sprawę w drugą stronę – w Anglii za mniej, można kupić więcej. I to też tyczy się omawianej w tym felietonie sfery muzyki.
Parę dni temu, w jednym z krakowskich sklepów RTV i AGD, kupiłem sobie 3 płyty – Hot Fuss the Killers oraz Silver Side Up i Here and Now Nickelbacka. Za wszystkie zapłaciłem 99 zł. Łatwo obliczyć, że średnio jeden krążek kosztował mnie ok. 33 zł. Kiedy byłem w Anglii, w czasie jednego z wypadów, nabyłem 5 płyt. Zapłaciłem za nie 25 funtów. Średnia cena jednej: 5 funtów, czyli mniej, niż wynosiła moja godzinna stawka w robocie. Czy za 5 zł dostaniemy w Polsce nową, oryginalną płytę?
Od koncertu zacząłem te dzisiejsze dywagacje, więc teraz przejdę do tematu występów na żywo. To tutaj tracimy najwięcej, gdyż artysta czy to brytyjski, czy to amerykański, chce zarabiać tyle, ile dostaje w swoich rodzimych krajach. Jeżeli jeden bilet na koncert Jamesa Blunta w Anglii kosztuje 40 funtów, to w Polsce musi kosztować w przeliczeniu tyle samo – czyli w naszym przypadku 200 zł. I taka sytuacja miała miejsce przy okazji ostatniego występu Brytyjczyka w kraju nad Wisłą. Najtańsze bilety oscylowały właśnie wokół kwoty dwóch setek. To jest główny powód, dlaczego wejściówki na koncerty zagranicznych gwiazd są tak drogie. Przelicznik walut jest dla nas bezlitosny. Bezlitosne są też płace w Polsce. W Anglii, żeby zarobić na bilet na koncert rzeczonego już Jamesa Blunta – za najniższą krajową – trzeba pracować nieco ponad 6 godzin. W Polsce, zarabiając naszą – żenująco niską stawkę – 30 godzin. To pięć razy więcej, czyli tyle, ile w złotówkach wynosi różnica między naszą walutą, a funtem szterlingiem. W moich prowizorycznych rachunkach wszystko się zgadza. Co z tego, skoro mam poczucie cholernej niesprawiedliwości?
Kiedyś w jednym z wpisów na Facebooku jeden z internautów napisał taki o to komentarz, który według niego zawierał idealny pomysł na zwalczenie zbyt wysokich cen wejściówek na koncerty gwiazd w naszym kraju:
Przestańmy kupować te bilety. Jeżeli nikt nie przyjdzie na koncert – dajmy na to Metallici – to zespół zrozumie, że cena jest zbyt wysoka, i następnym razem ją obniży.
Cóż, na pierwszy rzut oka teoria ma jakiś tam sens. Jest tylko jeden zasadniczy problem: jeżeli artysta nie dostanie tych pieniędzy, to po prostu do nas nie przyjedzie. To nie jest tak, że członkowie Coldplay’a z zatartymi rękami czekają na występ w Polsce, a jeżeli okazałoby się, iż ludzie by na niego nie przyszli – z powodu wysokich cen biletów – to ze smutkiem i załamaniem nerwowym zamknęliby się w jednym z pokojów swojej willi z basenem. Gdyby rzeczywiście taka sytuacja miała miejsce, to management zespołu kilka miesięcy wcześniej odwołałby to show i zorganizował zamiast niego kolejne, w innym kraju, zapewniającym pokrycie finansowych oczekiwań artysty.
Czasem mam wrażenie, że przez to, iż wiele lat czekaliśmy na przybycie prawdziwych, zagranicznych gwiazd do naszego kraju, to mamy takie poczucie, że gdy one opowiadają jak to bardzo jest u nas w Polsce fajnie, to znaczy, iż rzeczywiście nas kochają i za wszelką cenę by do nas powróciły. Nie przeczę, że Polska może im się spodobać, bo jest na prawdę piękna. Ale ludzie, gwiazdy muzyki na światowej mapie państw nie widzą ich nazw, tylko sumy pieniędzy, jakie mogą im one za koncert zaoferować. Dlatego my Polacy, musimy przyzwyczaić się do tego, że bycie oddanym fanem ukochanego artysty – wiążące się z kupowaniem ich płyt i jeżdżeniem na ich występy – jest bardzo drogie. Mam poczucie zawodu, że jakiś Steven z Liverpoolu płaci za taki sam bilet co ja 5 razy mniej pomimo tego, że zarabia 5 razy więcej ode mnie. Trudno, tego już nie zmienię. A skoro mam okazję podziwiać najwspanialszych artystów globu w polskich miastach, to muszę to wykorzystywać. Nie jest to może tanie, ale na pewno bardzo przyjemne. Tylko skąd brać pieniądze na te wszystkie występy? Może niedługo jakiś bank wprowadzi ofertę kredytu muzycznego na płyty i wejściówki? Ja bym z chęcią skorzystał.


