Blender uznał ją za jedną z najbardziej gorących kobiet w świecie rocka, Spin Magazine dwa razy z rządu przyznał nagrodę Bogini Seksu a w 2010 roku zgarnęła Shockwaves NME Award dla najseksowniejszej kobiety. Męska część czytelników być może już wie o kogo chodzi. Dla dziewczyn dodam, że to właśnie ona stoi za megahitem Heads Will Roll dance-punkowego zespołu Yeah Yeah Yeahs. Kogo mam na myśli? Oczywiście Karen Lee Orzolek, znaną lepiej jako Karen O. Ze sceną muzyczną jest zaznajomiona całkiem nieźle, bo Yeah Yeah Yeahs, w którym ta pół-Koreanka, pół-Polka stawiała swoje pierwsze kroki nagrywa już od 14-tu lat.
W związku z tym, że w życiu niemal każdego artysty grającego z zespołem przychodzi moment wypróbowania własnych sił i realizacji projektu solowego, 5 września ukazuje się pierwsza solowa płyta Karen – Crush Songs.
Płytę otwiera króciutka, akustyczna balladka, zatytułowana Ooo. Podstawę utworu stanowi nieco ospała, jakby spóźniona w stosunku do raczej nieskomplikowanej ale w zupełności wystarczającej kilkudźwiękowej linii gitary wokaliza, która jednak paradoksalnie wyprzedza tę o dwa dźwięki i łagodnie rozlewa się po utworze. Podobna tonacja dominuje w Sunset Sun, King i Day Go By. Podstawą utworu są kojące, subtelne partie gitarowe i posłusznie postępujący za nimi wokal, który tym razem ściśle trzyma się motywu wiodącego.
Również singlowe Rapt jest utrzymane w stylistyce uroczej i subtelnej rockowej ballady. Kawałek rozpoczyna się sięgającą wysokich rejestrów ale stonowaną i rozmytą partią wokalną, której odpowiada równolegle postępująca za nią ukryta w tle część gitarowa nie odchylająca się od motywu wiodącego ani o dźwięk. Całość bliska jest kołysance zarówno pod względem niewielkiej ilości środków ekspresji, natężeni dźwięku jak i samej melodii, która jeśli chodzi o rozpiętość dźwięków została zminimalizowana niemal do zera. Rozkołysanej, sennej atmosferze utworu doskonale odpowiada teledysk, przedstawiający dryfującą pod wodą artystkę.
Visits to propozycja nieco bardziej dynamiczna, w której funkcję wyznaczającą tempo utworu spełnia automat elektroniczny, trzymający w garści rytmikę wokalizy. Z kolei Beast to urzekająca kompozycja bazująca na solowej partii gitarowej, która stanowi jednakże jedynie tło dla linii wokalnej, znacznie oddalającej się motywu wiodącego i tylko początkowo wokół niego drgającej, by w partiach refrenu odbić w kierunku wysokich rejestrów i rozciągnąć się w pojedynczej artykulacji, przy jednoczesnym zachowaniu niskich tonów gitary, dzięki czemu kompozycja nabiera przestrzeni porównywalnej z tą, którą wielokrotnie mogliśmy usłyszeć u Sary Blasko, czy Marissy Nadler.
Również dla Comes The Night bazą jest kilkudźwiękowa linia gitary, która co prawda dyktuje rytm wokalizie, ale bynajmniej nie jest współbieżna z jej melodią, ta bowiem ślizga się po sąsiadujących ze sobą tonach, wciąż odbiegając od przewidywanej powtarzalności motywu, czy choćby taktu i zbliżając tym samym do projektów eksperymentalnych. Na podobnej zasadzie zostały skonstruowane kawałki NYC Baby, Other Side i Body. Co prawda pojawiają się tutaj melodyczne zapętlenia konkretnego motywu muzycznego, ale jedynie po to, by odbić od ścieżki tej muzycznej przewidywalności poprzez podwojenie wokalizy, która w drugiej części kompozycji jedynie pozornie trzyma się melodii głównej i z każdym kolejnym słowem, jedna z jej ścieżek nieznacznie wyłamuje się względem linii wiodącej.
Również kawałek So Far to kolejna nieprzewidywalna i rozsypująca się melodycznie propozycja. Można by powiedzieć, że rytm jest tutaj wyznaczany przez wokalizę, której odpowiada ścieżka gitary ale z taktu na takt, kompozycja nie tylko coraz bardziej spowalnia ale i jest ściągana w dół, osuwając się półdźwiękami, by wreszcie zupełnie ucichnąć.
Indian Summer z kolei to twórcza reinterpretacja znanego wszystkim doskonale utworu The Doors o tym samym tytule. Pogodny i marzycielski posmak, wylewający się z kompozycji został osiągnięty dzięki siedmiodźwiękowej partii gitary, która w drugiej części każdego siedmiodźwięku delikatnie, niemal niezauważalnie zwalnia oraz starającemu się stronić od zbędnej artykulacji bliskiemu nucenia, durowemu i rozpływającemu się nad linią gitary wokalowi. W odróżnieniu od oryginału jednakże Karen O w części wokalnej sięga po wysokie rejestry, czego owocem jest jasna tonacja utworu.
Zamykające krążek kawałki Native Korean Rock i Singalong to rozchełstane, nieokiełznane kompozycje mające coś z tych pijackich ogniskowych przyśpiewek po kilku (albo i kilkunastu) głębszych. Skromna dźwiękowo gitara niby stara się trzymać rytmicznie całość w garści, ale pojawiają się śmiechy, to znów zawycia i wielogłos, a wokal rozjeżdża się z każdą kolejną zwrotką i osuwa względem wygenerowanej na samym początku melodii.
O ile płyty Karen O jeszcze za czasów, gdy grywała razem z Yeah Yeah Yeahs wydawały się wnosić na scenę muzyczną coś świeżego, choć być może jeszcze nie do końca ociosanego, co do Crush Songs mam uczucia mieszane. Z jednej strony jest tu kilka akustycznych i wymagających sporego pomyślunku perełek, z drugiej jednak mam wrażenie, że kilka kawałków zostało skonstruowanych wręcz na zasadzie kalki swoich poprzedników, co nieco obniża artystyczną wartość albumu. Mimo wszystko jednak sądzę, że nie stracicie czasu jeśli połakomicie się na odsłuchanie krążka, choć z góry uprzedzam – dance-punkowego, garażowego szaleństwa tym razem nie będzie.


