Amy Lee – Aftermath (2014), recenzja Filipa Wiącka

Już na samym początku zaznaczmy, żeby nie było nieporozumień – nie lubię muzyki Evanescence. Oczywiście, jakiś tam sentyment do nich mam, w końcu to moja pierwsza (pseudo)gotycka miłość. Dziś jednak słuchając Fallen czy The Open Door, na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech zażenowania. Lepiej było na albumie numer 3, nie tak ckliwym i banalnym. Od zawsze ceniłem jednak wokal grupy. Amy Lee to zdecydowanie ktoś warty uwagi. Dlatego też, gdy wydała solowy (no, prawie) album, nie mogłem przejść koło niego obojętnie.

W Evanescence tak naprawdę jedyne utwory zasługujące na dłuższą uwagę to ballady. Spokojne, delikatne kawałki, w których Amy Lee siada przy pianinie, gra i pięknie śpiewa. Hello, Good Enough, Lost in Paradise, Secret Door czy w końcu porażające My Immortal – to wszystko piosenki niebanalne, świetne, emocjonalne. Myślałem, że na swoim solowym krążku wokalistka pójdzie w podobnym kierunku. A tu niespodzianka. Połączyła siły z wiolonczelistą i kompozytorem Davem Eggarem, by stworzyć soundtrack do filmu War Story. A ścieżki dźwiękowe, jak wszyscy wiemy, rządzą się określonymi prawami. Dlatego jeśli ktoś był fanem wokalu Lee, po Aftermath może nie sięgać. Dominują tu piosenki instrumentalne.

Jako że wokalne utwory są tu w mniejszości (4 piosenki z 10), od nich zacznę. Te, wydawać by się mogło, niepozorne kawałki prezentują nam zupełnie inną, nową twarz Amy Lee. Włączcie chociażby otwierające album Push the Button, zrozumiecie. Kompozycję uznałbym jednak za najsłabszą na krążku. Kompletnie do niego nie pasuje i zaburza jego spójność. Bo naprawdę – po co komu piosenka nawiązująca klimatem do EDM (!) na ścieżce dźwiękowej z niemal samymi balladami? W Push the Button usłyszymy niemal klubowy bit, jęki (które chyba miały być seksowne, w końcu to piosenka o pożądaniu) wokalistki oraz w końcu… breakdown po drugiej zwrotce. Całości słucha się niestety ciężko, a po takiej artystce można oczekiwać czegoś dużo lepszego.

Na szczęście pozostałe wokalne utwory prezentują się lepiej. Fani muzyki Evanescence sięgnąć powinni po nagranie Lockdown, jedyne, w którym słychać naleciałości dawnej twórczości Amy. Kawałek jest najbardziej przebojowy, najbardziej rozbudowany instrumentalnie. Lee pokazuje w nim ponadto, jak potężnym głosem dysponuje. Na drugi plan schodzi natomiast w jednostajnej, ale niezwykle klimatycznej propozycji Can’t Stop What’s Coming, która łączy elektronikę z muzyką klasyczną. Ostatnim wokalnym kawałkiem jest Dark Water. Tu jednak nie śpiewa Amy Lee, a zaproszona wokalistka Malika Zarra. Utwór to zupełna wariacja, poniekąd udziwnienie. Podobnie jak Can’t Stop What’s Coming łączy dwa różne światy – elektronikę z… muzyką arabską! Połączenie niekonwencjonalne, ryzykowne – ale fantastyczne.

Choć utwory wokalne są dosyć nietypowe i eksperymentalne, to instrumentalne zmierzają w zupełnie innym kierunku. Tutaj Amy (wraz z dwoma kompozytorami: ww. Dave Eggar oraz Chuck Palmer) postawiła na bardziej klasyczne, prostsze rozwiązania. I dobrze na tym wyszła. Choć nie mogę odmówić klasy Can’t Stop What’s Coming czy też przebojowości Lockdown, instrumentalne kompozycje wypadają o wiele lepiej. Aftermath to w końcu soundtrack, a to przecież utwory oparte wyłącznie na brzmieniu instrumentów klawiszowych oraz smyczkowych najlepiej budują nastrój i napięcie. I chyba te dwie cechy najlepiej opisują ścieżkę dźwiękową. To płyta bardzo klimatyczna, może nieco tajemnicza, ale i cudownie odprężająca.

Z utworów instrumentalnych najbardziej do gustu przypadło mi podniosłe Between Worlds. Od pierwszych taktów, aż do punktu kulminacyjnego – zimnej, drążącej elektroniki pod koniec – trzyma w napięciu. Voice in My Head zachwyca wyraźniejszym niż w przypadku pozostałych piosenek brzmieniem wiolonczeli. Pięknie prezentują się delikatne, subtelne White Out oraz Remember to Breathe. Te kawałki wspaniale się łączą, drugi jest oczywistą kontynuacją pierwszego. Razem brzmią najlepiej. Z kolei zamykająca krążek piosenka After to niepowtarzalny i niezapomniany finał idealnie podsumowujący Aftermath i stanowiący swego rodzaju klamrę kompozycyjną.

Na sam koniec wspomnijmy o tekstach. W Push the Button Amy śpiewa o pożądaniu i seksie (ale z klasą), z kolei Can’t Stop What’s Coming – choć to tylko kilka wersów – brzmi niepokojąco i zarazem bardzo pięknie. Wzrusza także Lockdown, które opowiada o zagubieniu i niemocy do stawienia czoła światu.

Po premierze Aftermath słyszałem o nim bardzo różne opinie. Zagorzali fani Amy Lee w większości byli zawiedzeni, oczekując większej ilości utworów wokalnych. Ja jednak cieszę się z obecnego stanu albumu. Wokalistka pokazała nam bowiem, że oprócz śpiewania jest fantastyczną pianistką oraz kompozytorką. A jak jeszcze współpracuje z tak wspaniałym wiolonczelistą – nic, tylko się zachwycać. Już teraz czuję też, że krążek będzie towarzyszył mi podczas długich, jesiennych wieczorów.

Amy-Lee-Aftermath

Czytaj również