Royal Blood – Royal Blood (2014), recenzja Łukasza Jankowskiego

Niejedna kapela chciałaby zdobyć, przed premierą swojego albumu, to co zdobył duet Royal Blood. Uzyskali uznanie dwóch zespołów, które uważają za wzór do naśladowania – Foals oraz Arctic Monkeys. Perkusista drugiego kolektywu podczas festiwalu Glastonbury stał się swoistą reklamą Royal Blood, nosząc koszulkę z logiem zespołu. Ponadto band zaprosił ich do supportowania ich koncertów.  Nadszedł czas na muzyczny debiut, który wydany został w sierpniu tego roku. Czy warto zapoznać się z kolejnym debiutantem, czy warto zatopić się w Królewskiej Krwi?

Royal Blood to zespół składający się z dwóch osób. Mike Kerr jest wokalistą i basistą grupy, natomiast Ben Thatcherr odpowiedzialny jest za perkusję. Dwójka utalentowanych muzyków zna się od bardzo dawna, jednak muzykować razem zaczęli dopiero w ubiegłym roku. Własnym nakładem wydali pierwszy singiel promujący recenzowany krążek. Nosi on tytuł Out Of The Black i jest numerem otwierającym album. Kompozycja bardzo intensywna, pokazuje to co zespół ma do zaoferowania. Singiel zdobył niemały rozgłos wśród entuzjastów garażowego grania i otworzył furtkę do wydania debiutu. Łowca talentów Warner Bros. Records zauważył ten obiecujący duet i później wytwórnia zaproponowała im kontrakt.

Następny kawałek promujący płytę to wydany już pod barwami Warnera Little Monster. Fani Gagi raczej nie mają czego tutaj szukać. Zapatrzeni w swoją muzycznego idola raczej nie dostrzegą kunsztu tej kompozycji. Ci co się w niego wsłuchają dostrzegą wpływy takich uznanych zespołów jak The White Stripes, Queens Of The Stone Age czy Led Zeppelin. Liczne nawiązania nie są wadą, gdy zespół potrafi połączyć  je w swój unikalny sposób. Tak się stało i dostaliśmy kolejny świetny numer.

Wyżej wspomniane dwa utwory stanowią mały wycinek z niemal półgodzinnego wydawnictwa liczącego dziesięć utworów. Każdy zaskakuje swoją intensywnością i zadziornością. Czasem możemy usłyszeć wzorowanie się na klasykach rocka, czasem na nieśmiertelnym bluesie.  Wszystko okraszone zostało bardzo dobrymi tekstami. Wokalista w doskonały sposób pokazuję swoje emocje i ból towarzyszące po zakończeniu burzliwego związku. W otwarciu krążka jesteśmy świadkami jego zakończenia, w innym Mike traci wiarę i widzi świat w ciemnych w barwach, aby w kolejnym pokazać przywiązanie emocjonalne do straconej dziewczyny.

Duet muzycznie sprawuje się doskonale, wszystko co zagrali jest perfekcyjne. Małe obiekcje mam jednak do wokalu. Podczas udzielania wywiadu Kerr wspomniał, że uważa Jacka White’a za znakomitego artystę, a jego ostatnie dzieło Lazaretto uważa za perfekcyjny materiał. Niestety według mnie za bardzo zapatrzył się w ten krążek, bo w pewnych partiach (np. Loose Change) brzmi do złudzenia podobnie jak White. Dla fanów artysty może być to miły akcent, ale dla mnie akurat ta inspiracja jest za bardzo wyczuwalna. Zadziwia ona jeszcze bardziej, gdy usłyszymy jak wokalista śpiewa w swoim stylu. Robi to doskonale i tak powinno być wyśpiewane każde słowo.

Wielu recenzentów i fanów zarzuca Royal Blood, że na płycie nie zawarli koncertowej ekspresji, dynamiki i agresji. Koncertowe popisy grupy mogli podziwiać polscy fani podczas ubiegłorocznego Openera. Niestety nie potrafię ocenić, czy jest to ogromna wada, gdyż nie byłem jeszcze na widowisku tego bandu. Jeżeli na Royal Blood duet stracił swój pazur, to nie potrafię sobie wyobrazić tego jakie szaleństwo musi towarzyszyć występom grupy na żywo.

Mike Kerr oraz Ben Thatcherr przedstawili światu bardzo dobry debiut, mocno rockowy, w którym trudno wybrać tylko jeden najlepszy numer. Każda kompozycja jest inna i nie wiem, którą miałbym wybrać. Wiem za to, że ten materiał trzeba słuchać jak najgłośniej pokazując domownikom i sąsiadom co nazywamy dobrą muzyką.

Royal Blood – Royal Blood

Czytaj również