Tomasza Luberta możemy znać ze współpracy z takimi zespołami jak Virgin, Video czy Volver. To muzyk, który jest także współtwórcą przebojów m.in. Dody, Magdy Femme oraz Patrycji Markowskiej. 17 czerwca pojawił się jego pierwszy solowy album zatytułowany Z miłości do muzyki. Płyta ta ukazała się nakładem wytwórni Universal Music Polska. Co zatem z miłości do muzyki zaprezentował nam Tomek?
Tomasz Lubert na polskiej scenie muzycznej działa od 1994 roku. Swoją największą popularność zdobył razem z Virgin, z którym święcił sukcesy na festiwalach w Sopocie oraz Opolu. Równie dobry dla muzyka był okres działalności grupy Volver, z którą zdobył m.in. SuperJedynkę na Festiwalu w Opolu.
Na wstępie należy zaznaczyć, że na swój debiutancki album Lubert zaprosił czołowych artystów związanych z popową sceną muzyczną. I tak na płycie pojawili się m.in. Doda, Olek Klepacz, Ewa Farna, Grzegorz Skawiński, Anja Orthodox czy Jacek Stachursky. Nie zabrakło na niej żywiołowych numerów, ale również melancholijnych ballad. Jak dla mnie zabrakło troszeczkę porządku, gdyż płyta wydaje się być nieco chaotyczna. Nie zmienia to jednak faktu, że Lubert to gość od hitów. Praktycznie każdy z utworów na albumie świetnie odnalazłby się w naszych stacjach radiowych. Głównie przez swoją chwytliwość i energię.
Z artystami, z którymi współpracowałem, mam kontakt od wielu lat. Piosenki miałem przygotowane wcześniej, więc wiedziałem, co z nimi zrobić. Płyta powstawała w różny sposób, ale cieszy mnie, że każda z piosenek pasuje do danego wykonawcy. Każda z nich jest zupełnie inna, ale dostosowana do osoby. To jest dobra sytuacja dla mnie. Zawsze stałem nieco z tyłu, co miało swoje korzyści, ale teraz postanowiłem spiąć klamrą 20-lecie mojej działalności artystycznej. Zrobiłem więc taką muzykę, jaką chciałem i żadne inne konwencje mnie tutaj nie ograniczały. I to też jest atut tego krążka – jest różnorodny i prawdziwy
Doskonale słychać na albumie, że każda piosenka jest idealnie skrojona dla danego artysty, każdy z nich świetnie się w nich odnajduje dzięki czemu właśnie album jest różnorodny i prawdziwy.
Z miłości do muzyki otwiera kompozycja wykonana przez Dodę. Nie jest więc zaskoczeniem, że Tomek Lubert wiedział w jakim repertuarze artystka odnajdzie się najlepiej. Dostajemy zatem utwór z mocnym rockowym głosem naszej królowej. Sama piosenka wpada w ucho, a na uwagę zasługują partie gitarowe w końcówce utworu. Następnie mamy nieco infantylną piosenkę Respirator – Love w wykonaniu Olka Klepacza, przypominający mi nieco dawną twórczość Formacji Nieżywych Schabów (pamiętacie ich Ławkę?). Kompozycję zabija tekst, o którym ciężko cokolwiek powiedzieć. Sama piosenka jest lekka i taka letnia. Podobny wydźwięk ma Raj będzie nasz z Niką, Antkiem Smykiewiczem i Marcinem Spennerem. Energiczny i żywiołowy numer, który pasuje na lato. Niestety nic więcej i raczej nie zapadnie na długo w mojej pamięci. Ewa Farna, podobnie jak Doda, dostała utwór, który idealnie do niej pasuje. W żywiołowych numerach zaprezentowali się nam również Marcin Kindla w numerze To chyba koniec i Rafał Brzozowski w Miejskim zgiełku
Na krążku oprócz letnich przebojów i skocznych kompozycji znalazło się również miejsce dla kilku ballad. Pierwszą jest utwór w wykonaniu Jacka Stachurskiego – Chciałbym tak. Jest to kompozycja, która mnie oczarowała i przypomniała Jacka ze starych, dobrych czasów, kiedy to jako nastolatka zasłuchiwałam się w jego piosenkach. W jego głosie słyszymy tę charakterystyczną chrypkę, a sam utwór jest bardzo łagodny i stonowany. W podobny, subtelny klimat zabiera nas Maria Nikilńska w piosence Ile jeszcze. To chyba ona jest najjaśniejszym punktem na tym krążku. Jej głos jest aksamitny, bardzo kobiecy, dzięki czemu utwór sam płynie. Obie ballady przełamane są piosenka w wykonaniu Honoraty Honey Skarbek, która jest bardzo lekka i idealnie do niej dobrana.
Niestety koniec płyty wypada już nieco słabiej. O ile kompozycja z Grzegorzem Skawińskim jeszcze się jakoś broni, głównie dzięki świetnej gitarze to Anja Orthodox zupełnie nie radzi sobie w Karciance. Zupełnym nieporozumieniem jest dla mnie numer Woow z Evelyn, Kalwi i Remi z archaicznym tanecznym podkładem. Nie rozumiem dlaczego ten numer znalazł się na tym krążku. Kiczowaty kawałek który być może sprawdzi się na jakiejś imprezie (chociaż i w to wątpię), który tylko zaburza koncepcję całego albumu i gryzie się z innymi numerami. Dobrze, że jest to ostatni numer, bo pewnie gdyby otwierał on album to nie sięgnęłabym po resztę jego zawartości.
Lubert wygrał przez fakt, że na albumie znajdują się wielkie nazwiska polskiej sceny muzycznej. Album sam w sobie nie jest zły i pewnie każdy znajdzie tu dla siebie jakiś utwór, ponieważ stanowi on mieszankę różnych głosów i temperamentów. Cieszy fakt, że w końcu postanowił wyjść z cienia i zamiast tworzyć hitu dla innych zdecydował się nagrać coś swojego.

