The National rozsadzili Warszawę, relacja Filipa Wiącka z poniedziałkowego koncertu

Powiedzmy to sobie głośno i szczerze – nie jestem (a może raczej – nie byłem) wielkim fanem The National. Dotychczas znałem ich głównie ze wspaniałego utworu nagranego do Gry o tron – The Rains of Castamere – oraz kilku pojedynczych singli. Przesłuchałem oczywiście studyjne albumy, lecz na dłużej zostały ze mną jedynie High Violet oraz najnowszy, Trouble Will Find Me. Na koncert poszedłem z lekką obawą: czy to mi się spodoba? Spodobało się. Bardzo.

Na koncert wpuszczać zaczęto o godzinie 18, lecz ja na miejsce dotarłem dopiero około wpół do 19. Nieco obawiałem się, że nie znajdę żadnego dobrego miejsca. Okazało się, że problemu w ogóle nie było. Stałem dosyć blisko sceny, w dodatku w trakcie koncertu The National udało mi się dopchać do samych barierek.

Jako support zagrała wokalistka St. Vincent. Przyznam, że zaskoczył mnie fakt, że ma na koncie już pięć studyjnych płyt. Kojarzyłem może ze dwa jej single i to tyle. Nie byłem jednak ewenementem, bo przybyli na koncert ludzie również zdawali się nie znać jej twórczości. Mimo tego muszę przyznać, że artystka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jej głos, choć świetnie wychodziły jej wyższe wokalne partie, został zupełnie zepchnięty na dalszy plan. Ważniejsze były instrumenty: głównie znakomita perkusja, ale też gitara elektryczna (na której wymiatała sama St. Vincent). Podobało mi się również sceniczne zachowanie piosenkarki. Poruszała się nieco mechanicznie, widać było, że każdy jej krok był dokładnie przemyślany. Podsumowując, bawiłem się bardzo dobrze i mógłbym udać się na jej pełny koncert. Nawet jeśli pomiędzy piosenkami nie powiedziała do nas ani jednego słowa.

The National weszli po 20. Grali do ok. 22. 2 godziny. 2 godziny magii, cudu, doskonałości. Z tym ostatnim to może trochę przesadziłem, bo niedociągnięcia się zdarzały (problemy techniczne przy Slow Show), ale czy naprawdę ktoś się tym przejmował? Panowie zaprezentowali nam bowiem mieszankę skrajnych uczuć: euforii, szaleństwa, radości, ale i nieco nostalgii przy delikatniejszych utworach. Setlista tak się przedstawiała:

  1. Don’t Swallow the Cup
  2. I Should Live in Salt
  3. Sorrow (with St. Vincent)
  4. Bloodbuzz Ohio
  5. Demons
  6. Sea of Love
  7. Hard to Find
  8. Afraid of Everyone
  9. Conversation 16
  10. Squalor Victoria
  11. I Need My Girl
  12. This Is the Last Time
  13. Lit Up
  14. Abel
  15. Slow Show
  16. Pink Rabbits
  17. England
  18. Graceless
  19. About Today
  20. Fake Empire

Bis:

  1. Exile Vilify
  2. Mr. November
  3. Terrible Love
  4. Vanderlyle Crybaby Geeks (akustyczne)

I z tego zestawu (bardzo dobrze dobranego, nawiasem mówiąc) właściwie każdy kawałek brzmiał świetnie. Don’t Swallow the Cup z rewelacyjną gitarową solówką, poruszające I Should Live in Salt (jeden z moich faworytów od The National), Sorrow, w którym gościnnie pojawiła się cudowna St. Vincent, przyprawiające o ciarki Demons, energiczne Sea of Love czy też piękne Hard to Find. Co więcej – z każdym utworem emocji, podniecenia, energii było więcej. Wyróżnić należy tu te najbardziej dynamiczne, szybsze kawałki ze Squalor Victoria oraz Abel na czele. Wspaniale zagrane, zaśpiewane, widać, że Matt bardzo je przeżywał. No właśnie – Matt Berninger. Od dawna kocham jego głęboki, niski głos. Na koncercie wypadł równie genialnie. Może i jest już trochę zmęczony trasą, ale wciąż daje z siebie wszystko. Pochwalić należy także innych członków zespołu: Aaron Dessner, Bryce Dessner (w szczególności! wirtuoz gitary), Bryan Devendorf oraz Scott Devendorf. Moją uwagę przykuły także instrumenty dęte nadające utworom bardzo specyficznego klimatu. Swoje „pięć minut” miały przy Fake Empire, gdzie brzmiały wprost cudownie.

Najwięcej emocji wywołał mimo tego bis. Na jego początek zagrana została znakomita kompozycja Exile Vilify. Ciekawostka – ponoć było to dopiero dziewiąte wykonanie na żywo tego utworu. Bardzo, ale to bardzo miłe zaskoczenie. Lecz dopiero dwa następne utwory dosłownie zwaliły fanów z nóg. Przy dynamicznym, wielkim Mr. November wyszedł do publiczności. Emocje sięgnęły zenitu, Warszawa rozgrzała się niemal do czerwoności. Podobnie było zresztą przy moim faworycie – wzruszającym, emocjonalnym Terrible Love – przy którym Matt stanął na barierkach. I, uwaga uwaga, udało mi się go dotknąć. Tej chwili nie zapomnę chyba już nigdy. Koncert zakończył się kawałkiem Vanderlyle Crybaby Geeks. I tu kolejna cudowna niespodzianka. Utwór (w akustycznej wersji) został chóralnie odśpiewany chyba przez wszystkich fanów zespołu. Niezwykłe.

Podsumowując moją chaotyczną, niepełną relację – było wspaniale. Każdy pojedynczy dźwięk, każda nuta, każdy wers tekstu… Tego nawet nie da się opisać. Wszyscy członkowie grupy dali z siebie wszystko. Wspaniałe gitary, perkusja, dęciaki, niepowtarzalny Matt, no i boska atmosfera zarówno przy genialnym Vanderlyle Crybaby Geeks, jak i przy każdym innym kawałku. Pozytywnie oceniam także publikę (nadal mam uraz po Alicii Keys), która naprawdę dobrze się bawiła. No i już szykuję się na następną wizytę The National w Polsce. Będę tam, na pewno.

Czytaj również