Pochodząca z chłodnej Skandynawii Lykke Li, trzy lata po wydaniu albumu Wounded Rhymes, powróciła z nowym materiałem. Trzeci, studyjny krążek artystki zatytułowany został I Never Learn i jest, według słów samej wokalistki, zakończeniem jej muzycznej trylogii. I to trylogii niezwykle interesującej, już teraz muszę to dodać. Swoją poprzednią płytą Lykke Li postawiła sobie poprzeczkę niezwykle wysoko i, czując jednocześnie ogromną radość z powodu tego, że I Never Learn czeka już na nas w sklepach, na pierwszy plan wysuwa się niestety niepokój, czy artystce udało się nagrać coś lepszego i większego.
Cenię Lykkę Li za to, że co płytę dokonuje się w niej zauważalna muzyczna ewolucja. Nie oznacza to jednak, że każdy kolejny album Szwedki jest zupełnie z innej bajki. Wciąż dominują bowiem głównie alternatywne dźwięki. Podane są jednak w różnorodny sposób. Pierwsza płyta Lykke Li, Youth Novels, nosi bardzo trafny tytuł. Faktycznie jest taką płytą pełną nieco naiwnych, lekkich kompozycji, które starszych słuchaczy mogą zanudzić. Dużo lepiej jest na Wounded Rhymes. Jest to bowiem album bardzo różnorodny (artystka zmieszała indie pop, elementy rocka, folku czy nawet soulu), a przez to ciekawszy niż poprzedni. Kontynuując rozważania na temat przygotowanej przed Lykke Li trylogii, możemy powiedzieć, że jesteśmy świadkami dorastania tej wokalistki. Z delikatnej dziewczynki zmieniła się w pewną siebie młodą kobietę. Na I Never Learn jej metamorfoza zaszła jeszcze dalej.
W ciągu trzech lat z niepokornej wokalistki wyśpiewującej takie piosenki jak Get Some czy Rich Kids Blues Lykke Li zmieniła się w niezwykle dojrzałą kobietę ze złamanym sercem. Artystka śpiewa swoje nowe kompozycje z takimi emocjami, że słuchacz wszystko przeżywa razem z nią. To największy atut albumu I Never Learn. Pochwała należy się również Lykke Li za osobiste, ponure teksty przesiąknięte żalem, tęsknotą czy samotnością.
Trzeci, studyjny krążek Szwedki nie jest płytą tak różnorodną jak Wounded Rhymes. Cechuje ją duża spójność, przez co, aby dobrze wczuć się w jej melancholijny klimat, dobrze jest słuchać jej w całości. Z drugiej jednak strony indie popowe i alternatywne dźwięki, które przygotowała dla nas Lykke Li wraz ze swoimi współpracownikami (Gregorym Kurstinem, który tworzył i dla Britney Spears i dla Mariny & The Diamonds; oraz Björn Yttlingiem) nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś. Wciąż są powiewem zimnego, skandynawskiego powietrza. Nowe utwory wokalistki lepiej nadają się do słuchania w zimie niż na wiosnę. Zamiast cieszyć się z pięknej pogody, będziemy bowiem obserwować jak Słońce przeganiane jest przez przygnębiające, szare wręcz brzmienie płyty Lykke Li.
I Never Learn to płyta niesamowicie krótka. Znajdziemy na niej jedynie dziewięć kompozycji. Powiem szczerze, że jest to idealna liczba. Każdy nadprogramowy kawałek działałby na niekorzyść tego krążka. Album rozpoczyna tytułowa piosenka – I Never Learn, którą, ze względu na brak refrenu czy chociażby zwykłego podziału na zwrotki, zwykłam nazywać intrem. Utwór ten jest jedną z najlepszych kompozycji na płycie. Podoba mi się podkład muzyczny – najpierw słyszymy głównie gitarę akustyczną, później dochodzą smyczki. Następująca po I Never Learn piosenka No Rest For the Wicked jest nie tylko najlepszym kawałkiem na trzecim krążku Lykke Li, ale i najlepszym nagraniem w całej jej dyskografii. Uwielbiam nośny refren tego utworu. Just Like a Dream, jedna z najspokojniejszych piosenek na I Never Learn, również może pochwalić się mocniejszym refrenem, który z pewnością razem z Lykke Li odśpiewywać będzie cała publiczność podczas koncertów.
Urocze Silver Line, w którym wokal Lykke Li poddany został małej komputerowej obróbce, należy do najlepszych kompozycji zawartych na I Never Learn. Podobnie powiedzieć mogę o Gunshot, które zachwyciło mnie od pierwszego przesłuchania. Szczególnie cenię w tej piosence zwrotki, w których na pierwszy plan wysuwa się smutny wokal Szwedki. Warto jednak zwrócić uwagę na ostrzejszy refren. Samą siebie Lykke Li przeszła w chwytającej za serce balladzie Love Me Like I’m Not Made of Stone.
Trzy ostatnie piosenki nie wnoszą do płyty nic nowego, ale należy im się chwila uwagi. Never Gonna Love Again czaruje przebojowością, choć należy do spokojniejszych piosenek. Chóralne Heart of Steel wydaje się być jedyną piosenką, w której dostrzegam odrobinę optymizmu. Czy i wam nieco podniosły nastrój tego kawałka nie kojarzy się z twórczością Florence & The Machine? Album zamyka kolejna ballada – zagrane na pianinie, ale urozmaicone gitarami i perkusją Sleeping Alone.
Chociaż uważam Lykke Li za jedną z lepszych i ciekawszych wokalistek, jej nowa płyta nie do końca spełniła moje oczekiwania. Może miałam co do niej za duże wymagania? Może oczy (albo lepiej – uszy) zamydliły mi cztery piosenki (m.in. I Never Learn i Gunshot), które poznaliśmy przed ukazaniem się krążka? Wydaje mi się, że tym razem artystka bardziej skupiła się na przekazaniu emocji i samych tekstach piosenek, niż nad ich ostatecznym brzmieniem. Mimo to polecam gorąco ten album wszystkim, którzy mają ochotę na odrobinę poruszających momentów.

