Czekałam, czekałam i się doczekałam. Amerykański zespół The Pretty Reckless z dwudziestoletnią Taylor Momsen na czele należy do grona moich ulubionych grup. Od dawna marzyłam, że włączam wreszcie płytę Going to Hell i daję się porwać muzyce formacji. Ale chwila. Skąd wiedziałam, że krążek ten szybko zawładnie moim umysłem i trafi na niespisaną listę najlepszych płyt 2014 roku? Jasnowidzem nie jestem, nietrudno zgadnąć. Odpowiedź na pytanie, czemu The Pretty Reckless nigdy złej muzyki nam nie wcisną, poznacie z mojej recenzji.
Nad Going to Hell jakiś czas temu zebrały się czarne chmury. Studio, w którym grupa nagrywała nowe kawałki, zniszczone zostało przez huragan. A co za tym idzie, zespół utracił część nagrań. Zamiast rozpaczać, The Pretty Reckless wzięli się do roboty ze zdwojoną siłą, pokazując, że mają charakter i nic nie jest w stanie ich złamać.
Album Going to Hell jest następcą wydanego w 2010 roku krążka Light Me Up. Niegdyś ten przebojowy, dający kopa materiał potrafił powalić mnie na kolana. Debiut The Pretty Reckless to płyta dobra, ale dziś nieco śmiesznie wygląda przy najnowszych dokonaniach zespołu. Mogą uwierać infantylne teksty (nie zapominajmy jednak, że pisała je piętnastoletnia Momsen) czy mało oryginalne muzyczne rozwiązania. Lepiej słucha mi się dziś bezpiecznych, ale naprawdę ładnych piosenek z epki Hit Me Like a Man, ze spokojnym, emocjonalnym Under the Water i pełnym goryczy Cold Blooded na czele. Utwory te nie definiują płyty Going to Hell, ale jedynie pokazują nam, że The Pretty Reckless dojrzali. Ich muzyka stała się ostrzejsza, absolutnie bezkompromisowa i jeszcze bardziej przebojowa niż wcześniej. Z powodzeniem połączyli klasycznego rocka z hard rockiem otrzymując zestaw dwunastu świetnie skomponowanych i napisanych piosenek, które potrafią słuchacza poruszyć i oczarować.
Nie wyobrażam sobie innej wokalistki w zespole jak tylko Taylor Momsen. Ma dziewczyna głos! Potrafi świetnie nim operować. Mogę nawet powiedzieć, że osiągnęła w tym perfekcję, tę pewność, którą niektórzy zdobywają latami. Mimo młodego wieku jest bardzo świadoma swoich wokalnych atutów. Podoba mi się to, że nie śpiewa jednostajnie. Raz brzmi łagodnie, innym razem pokazuje, na co ją naprawdę stać i przyprawia mnie o ciarki. Czasem jest czuła, czasem ostra i seksowna. Zawsze jednak opanowana, choć na swój własny sposób. Cieszy mnie to, że Taylor wie, kim chce być i częściej ogląda się na takie wokalistki z krwi i kości jak Courtney Love czy Joan Jett niż na popowe, sezonowe gwiazdki.
Płyta rozpoczyna się naprawdę ciekawie. Dźwięki syren policyjnych i jęki kobiety wprowadzają nas do utworu Follow Me Down. Podoba mi się w nim to, że nie jest to monotonne nagranie. Warto zwrócić uwagę na łagodne wprowadzenie do refrenu (przez co on sam wydaje się być jeszcze mocniejszy) oraz całkiem słodki bridge, gdzie Taylor brzmi niesamowicie dziewczęco. W następnej kompozycji, Going to Hell, zespół jedzie po bandzie. Ani na chwilę nie zwalnia tempa i częstuje nas świetnymi gitarowymi partiami. Tekst tego utworu z pewnością doprowadziłby do zawału niejednego księdza a do Momsen zaczęłaby ustawiać się spora kolejka egzorcystów. Artystka śpiewa:
Gettin’ married to the devil, you can hear the wedding bells (PL: Biorę ślub z diabłem, możesz usłyszeć dzwony weselne).
Rozpoczynające się odgłosem szkolnego dzwonku i posiadające rytm przypominający o We Will Rock You Queen Heaven Knows to kompozycja, która natychmiast wpada w ucho. Może być koncertowym killerem, idealnym do odśpiewania razem z Taylor (chórki!).
The Pretty Reckless zabierają nas później do położonego na uboczu, tajemniczego domu i serwują gitarową balladę House on a Hill, która naprawdę chwyta za serce. Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że jest to jedna z najlepszych kompozycji grupy. Z refleksyjnych klimatów wyrywa nas Sweet Things. Warto zauważyć, że w piosence oprócz śpiewającej Momsen pojawia się męski wokal. Należy on do gitarzysty zespołu, Bena Phillipsa. Usłyszeć go mogliśmy również w Cold Blooded. Ben ma tak przyjemną, nieirytującą barwę głosu, że życzyłabym sobie, by częściej udzielał się wokalnie. W tym pięciominutowym kawałku świetnie pokazane zostało to, o czym pisałam kilka akapitów wyżej – to, jak Taylor manipuluje swoim głosem. Raz prezentuje nam jego niskie rejestry, raz śpiewa bardzo dziewczęco. W międzyczasie jeszcze złowrogo szepce i krzyczy. Odpoczynek przynosi nam trwające niecałą minutę, przywodzące na myśl lata 60. Dear Sister.
Zaczynające się sunącą lekko gitarową melodią Absolution po jakimś czasie przyspiesza, nie dochodząc jednak do poziomu głośności Going to Hell czy Follow Me Down. Szybkością nie szokuje też proste, nieprzekombinowane Blame Me czy akustyczne Burn. Te trzy piosenki, chociaż są naprawdę udane i ich słuchanie sprawia przyjemność, blakną przy zadziornym Why’d You Bring a Shotgun to the Party czy prowokującym Fucked Up World. Na zakończenie przygody z Going to Hell The Pretty Reckless przygotowali zaskakujące, nostalgiczne Waiting For a Friend. To spokojna kompozycja oparta na dźwiękach gitary akustycznej i harmonijce. Przez swoje brzmienia zaczerpnięte z muzyki country zaczynam się zastanawiać, czy Taylor nie jest czasem zaginioną wnuczką Williego Nelsona czy Johnny’ego Casha.
Chociaż niegdyś bardzo podobał mi się debiut The Pretty Reckless Light Me Up, prezentuje się on niesamowicie dziecinnie przy najnowszym dziele grupy. Zespół dorósł i jest bardziej świadomy swojej muzyki niż kiedykolwiek wcześniej. Czy Going to Hell będzie najlepszą rockową płytą tego roku? To okaże się w grudniu, ale już teraz wiem, że krążek może sprawić, że o zespole zrobi się głośno na całym świecie.


