Fismoll zagrał w warszawskiej Nowej Jerozolimie

To mógł być kolejny dobry koncert w karierze 20-letniego Fismolla, gitarzysty, wokalisty, autora tekstów i kompozytora. Po pozytywnych opiniach dotyczących jego udanego koncertu w Katowicach byłem ciekawy, czy w Warszawie poprzeczka zostanie podniesiona jeszcze wyżej. Gdyby nie pewna mała rzecz, zapewne by tak było…

W piątek o godzinie 20:30 w warszawskim klubie Nowa Jerozolimska (przy Alejach Jerozolimskich 57) odbył się drugi koncert z trasy koncertowej Arkadiusza Glenska, znanego szerszej publiczności jako Fismoll, oraz kolejna część cyklu Love My Polish Artists. Chociaż samo wydarzenie rozpoczęło się w miarę o czasie, od samego początku coś nie grało.. Zaczęło się od utworu Herbs Overblown. Bardzo słabe nagłośnienie w klubie, przez co praktycznie niesłyszalny wokalista, szumy powodowane przez instrumenty i ogólna dezorientacja całą sytuacją sprawiły, że moja początkowa ocena całego zajścia daleko była do pozytywnej. Początkowo zastanawiałem się, czy aby na pewno nie straciłem słuchu przez chłodny wiatr na zewnątrz („sorry, taki klimat…”, jak mawiał klasyk) albo czy siedzenie tuż przy konsoli jest dobrym pomysłem. Kiedy jednak w pewnym momencie nastąpiło głośne sprzężenie dźwięku, przez które sam występujący przerwał swoją prezentację, stało się jasne – będzie źle. I było, niestety…

Wydawać by się mogło, że ta (dość poważna) wpadka na samym początku całkowicie załamie wokalistę. Na szczęście, jak na profesjonalistę przystało, zachował on zimną krew i zaczął wszystko od nowa. Na scenie pojawiła się wówczas dwa razy większa energia, która dała tłumnie zgromadzonej publiczności do zrozumienia, że najwyraźniej problemy technicznie dodały artyście (oraz występującymi z nim muzykami) niezłego powera. Co prawda, wokal Fismolla nadal brzmiał bardzo niepewnie i cicho, co w porównaniu z dość głośną sekcją instrumentalną nie prezentowało się ciekawie. Jednak sama barwa głosu 20-latka sprawiła, że wiele par przybyłych do Nowej Jerozolimy wtuliła się w siebie, co chyba jest najlepszym dowodem na to, że wokalista potrafi stworzyć przyjemny, romantyczny i nieco intymny klimat, pomimo mankamentów technicznych, niezależnych od występujących.

Potem – niestety – nie było lepiej. Podczas wykonywania kolejnych numerów (Trifle czy singla Let’s Play Birds) widoczny – i słyszalny – był stres, zmieszanie oraz zawód gwiazdy wieczoru. Chociaż momentami część akustyczna zaczynała brzmieć już jak należy (np. świetna wiolonczela Joanny Glensk czy bas Roberta Amiriana – managera zespołu), kilka chwil później znów nie było tak, jak być powinno. Mały przełom nastąpił podczas utworu Close to the Light, w którym cały zespół stworzył bardzo przyjemny, jazzowy klimat. Na szczególne wyróżnienie zasługuje głównie skrzypaczka Kristine Harutyunyan oraz sekcja perkusyjna, która bardzo często ratowała brzmienie całości. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie dwa kawałki później, podczas jednej z najciekawszych propozycji z debiutanckiego płyty Fismolla pt. At Grade. Każde uderzenie w bębny było miodem dla uszu, porywaczem serc publiczności, kołyską dla bioder.

Niepokojącymi momentami podczas koncertu były nieco za długie przerwy między niektórymi utworami, spowodowane – wyżej wspominanymi już niejednokrotnie – niedociągnięciami od strony technicznej. Po każdej kilkunastosekundowej pauzie usłyszeliśmy pierwsze dźwięki utworu Time of Glimmers, subtelne brzmienia gitary Fismolla, a chwilę później – genialnej perkusji, która dodała całości spójności. Podczas tej kompozycji cała uwaga widzów skupiła się natomiast na skrzypcach, które uwiodły wszystkich swoją emocjonalnością. Podobnie jak wykonanie dwóch ostatnich propozycji – wzruszającego Song of Songs, Flawering i Let Me Breath You. Najlepszą oznaką tego, że jednak błędy błędami, ale najważniejszy jest artysta oraz to, jakie emocje chce przekazać, świadczył fakt, że w trakcie wykonywania drugiego z utworów, wszystkie zgromadzone w Nowej Jerozolimie pary przytuliły się do siebie, okazując miłość. I chyba o to w muzyce chodzi – prowokować do okazywania sobie uczuć, wyznawania tego, co się czuję do ukochanej osoby. A to, jak zwykle, Fismollowi się udało.

Dość słodką, w porównaniu z resztą koncertu, wisienką na torcie okazał się instrumentalny występ, podczas którego cała orkiestra po raz ostatni zaprezentowała się od najlepszej, lirycznej strony. Podsumowaniem ponad dwugodzinnej całości była -niezawodząca na koncercie – sekcja perkusyjna. I to ona, mówiąc szczerze, uratowała cały piątkowy koncert od kompletnej katastrofy. Szkoda, ponieważ wiem, że Fismoll oraz jego sceniczni kompani niejednokrotnie uwodzili publiczność podczas swoich prezentacji, a warszawska wpadka okazała się przypadkiem 1/100, że faktycznie „coś nie styknęło”. Pozostaje mi liczyć na to, że organizatorzy/techniczni/właściciele klubu (niepotrzebne skreślić), odpowiedzialni za całe nieprzyjemne – zarówno dla występujących, jak i oglądających – zajście, przemyślą tę przykrą niespodziankę i 20-letni artysta nie będzie musiał po raz kolejny przeżywać tak demotywujących i stresujących chwil na scenie. Bo kto jak kto, ale taki debiutant, jak Arek Glensk, nie zasługuje na takie poniżenie i ogromną dawkę nerwów. A samemu Fismollowi życzę, by także wyniósł  pewną lekcję z całego tego zajścia, i nadal porywał widzów swoim uwodzicielskim, ciepłym głosem.

Czytaj również