Uwaga! Padną przekleństwa, będzie szowinistycznie, rasistowsko, antyreligijnie, i z rubasznym poczuciem humoru. Także drogi czytelniku, jeżeli masz problem z dystansem do świata i przymknięciem oka na wiele istotnych spraw puść sobie lepiej Wham!
W ramach wyjaśnień. Nie, ta recenzja to nie żart. Po prostu powinienem być znakowany hashtagiem #grinch. Nie lubię świąt, chciałbym żeby ich nie było, ale z sympatii dla redaktorów naczelnych i wrodzonego cynizmu zdecydowałem się wziąć udział w naszej akcji pisania recenzji świątecznych albumów. Wiedziałem, że jeżeli mam napisać recenzję dotyczącą albumu świątecznego to jest tylko jedna płyta, która nie ocieka lukrem, a jeżeli już to takim lepkim i klejącym, który nie jest słodki, a wręcz przeciwnie. Mr. Hankey’s – Christmas Classics. To produkcja Matta Stone’a i Treya Parkera, czyli dwóch głównych pomysłodawców serialu animowanego South Park. Myślę, że nawet jeśli ktoś nie ogląda, to z pewnością kojarzy bohaterów tej animacji, więc nie będę tracił czasu na przybliżanie idei tej produkcji. Kim za to jest Mr. Hankey? No cóż, jest to po prostu śpiewająca… kupa. Tak, dobrze przeczytaliście. Śpiewająca kupa, ale żeby wgryźć się (brzmi obrzydliwie?) dokładnie w konwencję tego albumu zapraszam do poznania naszego brązowego bohatera!
Mr Hankey The Christmas Poo!
http://www.youtube.com/watch?v=rg66j0fUbUk
We all know of Rudolph and his shining nose/And we all know Frosty who’s made out of snow
But all of those stories seem kind of… gay/Cause we all know who brightens up our holiday
Mr. Hankey the Christmas Poo/Small and brown he comes from you
Sit on the toilet here he comes/Squeeze him 'tween your festive buns…
Uroczo prawda? Mniej więcej w takiej konwencji jest ten album. Mamy śpiewającego Hitlera (O Tannenbaum), Szatana (Christmas time In Hell), próbujących języka angielskiego trzech króli (We three kings), samotnego Żyda (The lonely jew on christmas), a nawet pana, który śpiewa uroczym głosem o tym by świętować bo przecież wszyscy umrzemy i to prawdopodobnie będzie bolało (Dead, dead, dead). Jeżeli jednak ktoś odrzuca stylistykę i poczucie humoru miasteczka South Park radzę obchodzić ten album szerokim łukiem. Co natomiast ja o tym myślę? Uwielbiam! Pamiętam jak na zajęciach z socjologii pewien Pan Profesor z USA katował nas niektórymi odcinkami by odnajdywać w nich stereotypy kulturowe i wtedy się przekonałem do tej animacji. Piosenka Erica Cartmana, z mocnym chórem w tle ma piękną muzyczną konstrukcję i atmosferę typowych utworów tego „uroczego okresu”, opowiada jednak o tym jak fajnie, że na urodziny Jezusa zgarniemy prezenty. Czyż nie jest takie myślenie w XXI konsumpcjonistycznego wieku? Uwielbiam ten album za mocne nieraz słowa i uderzenie w sedno, bo tak naprawdę wiele z nas zapomniało już dawno co jest najważniejsze w Bożym Narodzeniu.
Nie zapominajmy jednak o kilku rzeczach. Ta płyta jest naprawdę dobra muzycznie i chociaż się bawi konwencją i jest żartem to nie zapominajmy, że na przykład głos serialowego Chefa, to sam Isaac Hayes. On właśnie swoim funkowym, płynącym głosem w What the the hell child is this podnosi poziom muzyczny albumu, Mr Mackey popisuje się wokalnie niczym Bobby Mcferrin w Carol of the bells, a Stan Marsh & Wedny brzmią jak Sinatra z Deanem Martinem.
Jeżeli macie tak jak ja i święta kojarzą się Wam z zamieszaniem, biegiem, pożyczkami, Kevinem samym w domu i najchętniej zaszylibyście się gdzieś z Martną Wojciechowską na krańcu świata jest to płyta dla Was.
I wiecie co Wam powiem na koniec?
On Christmas day I travel `round the world and say,
Taoists, Krishnas, Buddhists, and all you atheists too,
Merry Fucking Christmas, To You!

