M.I.A. kazała nam dosyć długo czekać na swoje nowe wydawnictwo. I choć ja za każdym razem mówię, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć – a już na pewno nie ona, bo nigdy nie leżała w kręgu moich muzycznych zainteresowań – to właśnie mnie zaskoczyła. I to bardzo.
Pomijając wszelkie kwestie dotyczące problemów z wydaniem Matangi dobrze jest po prostu powiedzieć – nareszcie ją mamy! Dobrze jest także nie zwlekać z jej przesłuchaniem, bo zdecydowanie to będzie najodpowiedniejszy krok w tej sytuacji – lepszy niż narzekanie, bo wytwórnia, bo przekładanie premiery – takie gadanie nie wchodzi w grę, zwłaszcza, że mamy do czynienia z prawdziwą muzyczną perełką.
Tak jak mówiłam – M.I.A. nigdy szczególnie mnie nie ciekawiła. Znałam, choć niezbyt często wracałam do tych wykrzykiwanych, brzmiących jak jakieś manifesty, piosenek. Matangi w porównaniu do jej wcześniejszych wydawnictw wypada zdecydowanie najdelikatniej. Brytyjka nie traci charakteru, jednak zrobiła się dojrzalsza, subtelniejsza a jej utwory nie brzmią jak wyzwanie do stoczenia pojedynku.
Krążek otwiera kawałek Karmageddon. Jeśli mam być szczera to wątpię czy przekonałby on pierwszego lepszego słuchacza do kontynuowania zapoznawania się z całą płytą. Jednak mówię – jeśli macie wątpliwości to należy je szybko rozwiać. Nieco oszczędna warstwa muzyczna plus przyduszony wokal zaprasza nas w dalszą podróż po jej najnowszych dźwiękach – nie będziecie żałować jeśli ich posłuchacie. Dalej mamy tytułową kompozycję, która brzmi już trochę odważniej. Tu właśnie mamy pokazane oblicze artystki w jej najczystszej formie. Krzyki, dziwne odgłosy, czyli to co dobrze już znamy. Z kolei Only 1 U choć z początku znów może odrażać tym ordynarnym stylem, to refren już jest dosyć łagodny, w tle wykształca się ciekawa melodia, a wokal choć twardo osadzony, to przyjmuje mniej krzykliwy charakter.
Jeśli nadal jesteście nie przekonani do tego materiału, to mogę spokojnie przyznać Wam rację. Czasem płytę można ocenić kawałek po kawałku i stwierdzać, że każdy jest wybitny. Czasem można jednak ocenić go w całości i powiedzieć, że dopiero w całej okazałości robi on wrażenie. Tu właśnie tak mamy – mimo to że, każdy kawałek z osobna może nie do końca powala, to cała Matangi jest materiałem naprawdę unikatowym, bo któż wydaje podobne płyty? Warriors to jak do tej pory najbardziej buntowniczy kawałek, znów mamy tu charakterystyczne odgłosy w tle, całość zbudowana jest na werblach, a wokal jest przeplatany plemiennym zawodzeniem. Kolejne Come Walk With Me to właśnie ta M.I.A. na którą zwracałam uwagę już na początku. Melodyjna, przyjemna z ciekawymi orientalnymi motywami, a pod koniec utworu znów wraca with power, power jak robiła to w kawałku Bamboo Banga otwierającym krążek Kala z 2007 roku. A kolejne utwory tylko to potwierdzą. Atention wprowadza nas w muzyczny trans i utrzymuje nas w nim od początku do samego końca. Exodus to już kompletna zmiana. M.I.A. jest subtelna, delikatna i uwodzicielska. Jeśli komuś będzie mało to na końcu płyty czeka na niego jego kontynuacja w postaci Sexodus. Bad Girls nikomu przedstawiać nie trzeba – znów mamy tu orientalne wstawki i niekwestionowany hit. W Boom Skit Brytyjka pokazuje znów swoje bardziej zadziorne oblicze, a Double Bubble Trouble to zmiana o 180 stopni. Ciekawe pulsujące syntezatory i w rezultacie otrzymujemy tu reggae kompozycje!
Y.A.L.A. to odpowiedź na wymyślone przez Drake’a Y.O.L.O – You Only Live Once. Brytyjka znów pokazuje swój charakter i ma się wrażenie, że przemawia ona do wszystkich. Chce zdecydowanie, aby do każdego dotarło, to, co ma do powiedzenia. Bring the Noize to znów goniące się bębny, a tekst wydobywa się z niej niemal z prędkością światła. Całość brzmi dosyć mocno rewolucyjnie.
Na koniec już M.I.A. zostawiła nam prawdziwy smaczek. Know It Ain’t Right to powrót do łagodnych brzmień, pulsującego rytmu, melodyjnego śpiewu i pomysłu na hit. Bo ten kawałek nie przejdzie bez echa. Mimo, że jest ona ceniona za swój niesamowity muzyczny eklektyzm, to właśnie wtedy kiedy nie krzyczy, a nieco hamuje wewnętrzną energię i oszczędza w środkach wyrazu wychodzi jej to na dobre. Jestem zachwycona tym kawałkiem, fajnie gdybyśmy w przyszłości mogli więcej takich dostać, bo mimo, że płyta w porównaniu do jej wcześniejszych zawiera dużo tego typu kompozycji to w rezultacie jest ich tutaj nie wiele. Krążek kończy Sexodus, czyli swoista kontynuacja Exodus, o której już pisałam wcześniej, więc nie jest konieczne by się powtarzać.
Słowem końca nie muszę chyba po raz kolejny podkreślać jak świetna jest Matangi. Ilość stylów muzycznych jakie zawiera jest imponująca i arcyciekawa, a co najważniejsze rezultat tych połączeń jest dobry. Wszystko idealnie ze sobą współbrzmi, nie ma miejsca na pomyłki czy jakieś nieprzemyślane wyjścia. Matangi to chyba najdojrzalszy album w dyskografii Mathangi i naprawdę jest ją za co chwalić. Miłego słuchania!

