Placebo – Loud Like Love (2013), recenzja Magdy Sieprawskiej

Placebo od zawsze było mile widziane w moim odtwarzaczu. Nie mogłam przestać się cieszyć kiedy pojawiła się okazja do ich zobaczenia podczas Krakowskiego festiwalu Coke Live Music. Teraz kiedy Brytyjczycy przyjeżdżają do Polski ponownie już nie żyję takimi emocjami jak wcześniej i już nie odliczam dni do ich występu.

W międzyczasie coś się zdarzyło. Panowie postanowili uraczyć swoich fanów porządną dawką nowości muzycznych. Pierwsze jako zapowiedź regularnego longplaya ukazała się EPka B3. Zastanawiałam się wtedy czy są to wybrane najlepsze kawałki zwiastujące to, co mamy dostać, czy być może są to odpadki z sesji nagraniowej. Jedno było pewne – materiał ten nie był dobry, zachwycił jedynie cover, a reszta pozostawiła nijakie wrażenie.

Nową płytę zwiastował numer Too Many Friends, który trochę intrygował, sprawił, że miałam nadzieje, że ten krążek może być dobry. Później w sieci pojawił się kawałek otwierający tę płytę – Loud Like Love. Spodobały mi się gitary, są całkiem w ich stylu. Scene Of the Crime także spokojnie mógłby się znaleźć na jednej z ich poprzednich płyt. W tym momencie słowo należy się odnośnie tekstów. Czasami lepiej jest nie znać angielskiego, niż mieć świadomość jak banalne i głupie są niektóre teksty. To samo tyczy się Rob The Bank. No litości.

Hold On To Me to niemiłosierny fałsz. Tego wokalu się nie da słuchać. Samo muzyczne tło nie przypomina niczego konkretnego, później wynurzają się z niego jedynie jakieś gitary. Zupełnie nie rozumiem także recytowanego pod koniec tekstu. Na myśl przychodzi mi tutaj kawałek The CribsBe Safe, który jednak wypada o niebo lepiej niż ten Placebo. Do A Milion Little Pieces jestem w stanie się jeszcze przekonać, lecz tak naprawdę długo słuchać jej się nie da, bo powtarza się ciągle ten sam motyw, który robi się po jakimś czasie nudny. Exit Wounds wydaje mi się bardzo ciekawą propozycją, która też spokojnie mogłaby się znaleźć na ich wcześniejszych wydawnictwach. Plus za to! Purify ma z kolei dosyć zawadiacką konstrukcje. Wokal jedynie mógłby na początku bardziej wtopić się w melodie, reszta bez zarzutu.

Powoli zbliżamy się ku końcowi i nie wcale nie jest mi z tego powodu przykro. Begin The End wyróżnia się fajną sekcją rytmiczną, później dochodzi ciekawa gitara. W sumie mamy dosyć przyzwoitą kompozycję. Bosco to już ostatnia pozycja na płycie. Zaczyna się delikatnymi klawiszami, lecz jak dla mnie takie granie Placebo nie pasuje. Zdecydowanie nie.

Mimo, że krążek bronią takie kawałki jak Loud Like Love czy Exit Wounds to całość wypada jednak totalnie nijako. Brakuje mi na niej charakteru zespołu, który on niewątpliwie posiada. Kocham Placebo za Without You I’m Nothing czy Every You Every Me, gdzie czuć ich charyzmę, widać pomysł. A tu? Gdzie nie gdzie melodie, gdzie nie gdzie ich za mało. Wyróżniają się 3-4 kawałki, a to za mało. Czekałam ogromnie na tą płytę i się po prostu zawiodłam.

PLACEBO_LOUD-LIKE-LOVE

Czytaj również