Ariana Grande powróciła z nowym albumem, który był jednym z najbardziej wyczekiwanych materiałów muzycznych w tym roku. Na petal piosenkarka buduje siebie na nowo, rozliczając się z brutalną przeszłością. Liczna ilość metafor i odwołań do swojego życia prywatnego, tak często komentowanego przez opinię publiczną, tworzy ciekawą pozycję w dyskografii artystki. Pstryczek dla hejterów jest tutaj również odczuwalny. Brzmieniowo petal to swego rodzaju kontynuacja ubiegłorocznej rozszerzonej wersji albumu eternal sunshine – brighter days ahead. I tym razem czuć lekkość i delikatność typową dla Ariany, która nie tylko odpowiada za teksty, ale również za produkcję albumu we współpracy z Ilyą Salmanzadeh oraz Max Martinem, z którym artystka tworzyła już w przeszłości.
Piosenkarka opisała swój nowy album słowami:
Zasadniczo chodzi o coś, co tętni życiem i potrafi rozkwitać nawet przez pęknięcia czegoś zimnego, twardego i trudnego. To opowieść o zerwaniu z wszelką negatywnością i uwolnieniu się od wszystkiego, co mnie ograniczało – czy były to moje własne demony, głosy z zewnątrz, czy też rzeczy, które po prostu przestały mi służyć. To był dla mnie eksperyment pisarski, aby dać upust emocjom i podzielić się nimi w taki sposób, aby każdy mógł odnaleźć w nich coś dla siebie i odnieść je do własnych doświadczeń. Jest też w tym sporo dzikości. Wszystko wypływa z miejsca, do którego wcześniej bałam się zajrzeć – może byłam zbyt nieśmiała, albo zbyt grzeczna. Tym razem pomyślałam – pieprzyć to.
Warto dodać, że pomimo tego, że album został wydany niecały tydzień temu (31.07), to artystka zapowiedziała wycofanie się z życia publicznego, które to doprowadziło do niekończącej się, ciągłej kontroli oraz presji. petal otrzymał dotychczasowo mieszane, bardzo średnie opinie krytyków muzycznych, jednakże powodem niskich not jest być może fakt, że to właśnie w to wszystko Ariana uderza na nowym albumie najbardziej?
Album otwiera utwór kiss me, który przesiąknięty syntezatorami oraz adlibami w swoich pierwszych 40 sekundach, pozwala słuchaczowi poczuć jakby przenosił się on w inny wymiar. Osobiście, dało mi to odczucie, jakby artystka przygotowywała mnie w wejście w jej świat i zapraszała do swojej nowej ery. To piosenka, w której Ariana Grande zwraca uwagę na brutalność świata i dąży do znalezienia swojego miejsca na ziemi, prosząc o empatię – uczucia tak niewielkiego, a jak bardzo społeczeństwu potrzebnemu. W tym wszystkim ważny jest również aspekt silnej miłości, która podtrzymuje każdego z nas przy życiu. Zwrotki brzmią dla mnie tak lekko, że mimo trudnej tematycznie warstwy lirycznej dają one swoim brzmieniem poczucie dobra i nadziei, przy czym zderzamy się zarazem z refrenem – mocniejszą częścią piosenki, przy której czuć już wspomnianą wcześniej siłę i nostalgię. Pisząc tę recenzję trudno wybrać mi najlepszy fragment tego kawałka, bo jest on w całości bardzo dobrym „otwieraczem” albumu.
Następnie przechodzimy do pierwszego singla promującego nowy krążek, czyli utworu hate that i made you love me, który można rozumieć dwojako. Z jednej strony jest to refleksja o sławie i o tym, że Ariana nienawidzi po części samej siebie za to, że stała się popularna i jak mówi sam tytuł utworu – nienawidzi, że doprowadziła do pokochania jej. Dynamiczność popularności spowodowała swego rodzaju obsesję mediów i fanów na jej punkcie. Sława jest dla niej pułapką. Z drugiej strony piosenkę można rozumieć jako opowieść o jej byłym mężu – Daltonie Gomezie. Ariana Grande sama wyznała, że miała w swoim życiu moment, w którym żałowała rozkochania go w sobie, gdyż czuła, że stanowi dla niego problem. Być może i tu powodem była ta przeklęta sława?
Singiel porwał mnie od pierwszego odsłuchu swoim wyróżniającym się, tajemniczym bitem, a zarazem ujętą melancholią. Utwór jest także przepełniony pięknymi porównaniami, takimi jak np. wers o tym, że artystka zamienia swoje łzy w diamenty, czy też fragment drugiej zwrotki, kiedy to Ariana czuje się jak pszczoła uwięziona w miodzie, co rozumieć można jako paradoks twórcy – pszczoła tworząca miód, sama staje się jego ofiarą i znajduje się w pułapce, słodkiej, ale wciąż pułapce. Piosenkarka porównuje również ciepło, którym początkowo została obdarzona, do słońca, jednocześnie czując się obecnie oziębiona niczym wiatr. Warstwa liryczna singla, ilość „ukrytych smaczków” oraz porównań, a także wciągający dźwięk (czy tylko mi kojarzy się to z bąbelkami lub uderzeniami o strumyk wody?) pozwala mi na stwierdzenie, że jest to jeden z najlepiej wyprodukowanych numerów tego roku.
Trzeci numer to tytułowy petal, który został również drugim singlem promującym album. I tutaj artystka wraca do tematyki brutalności i toksyczności sławy, lecz w zwiększonym wydaniu. Temat ciemnej strony sławy jest dla mnie czymś bardzo interesującym, co doceniłem także rok temu przy utworze Perfect Celebrity od Lady Gagi. Zwróćmy uwagę, do czego doprowadziła sława gwiazd takich jak Marilyn Monroe, Michael Jackson, Whitney Houston, Amy Winehouse, Kurt Cobain, czy Judy Garland. Ariana Grande nie chce być kolejną z nich, a petal jest jej rollercoasterem rozprawiającym się z opinią publiczną. Śpiewa – „mam związane ręce i trudno do mnie dotrzeć, ale nie chcę być kolejnym doświadczeniem, które ma cię czegoś nauczyć”. Piosenkarka zwraca w tym kawałku uwagę na to, jak bardzo przeklęty jest brak prywatności w życiu artystów, które często stanowi debatę w mediach. Dodatkowo powracanie do bolesnych chwil przy tworzeniu muzyki dla swoich fanów, a następnie wykonywanie jej milion razy z rozdartym sercem podczas występów na żywo tworzy kolejne traumatyczne przeżycia.
Uderzył mnie bardzo przedrefren, w którym piosenkarka śpiewa „wszystkie moje ulubione historie kończą się katastrofą” – to tak jakby odnosiła się ona do wszystkich demonów przeszłości z całej swojej kariery, którymi to media żyły latami – od zamachu terrorystycznego podczas jej koncertu w Manchesterze w 2017 roku, czy śmierci jej byłego chłopaka Mac Millera, do której doszło rok później, aż po rozwód małżeński z Daltonem Gomezem i ujawnieniu wypłaty przez piosenkarkę na jego konto 1,25 miliona dolarów w ramach ugody rozwodowej. Następnie szerokim echem odbił się jej związek z Ethanem Slaterem, przy którym towarzyszyły doniesienia o rozbiciu jego małżeństwa przez Grande, a także krytyka jej zachowania podczas promocji filmu Wicked, które media określały z lekka mówiąc dziwnym. Do tego doszedł szeroki hejt na jej obecny wygląd, szczupłą sylwetkę i plotki o anoreksji oraz zaburzeniach odżywiania, co niektóre serwisy plotkarskie skomentowały jako niebezpieczne zjawisko promujące chorobę psychiczną. petal to odpowiedź na wszystkie zaczepki medialne, oskarżenia, plotki oraz hejt i czuć to bardzo mocno w tym utworze.
Genialny również jest teledysk. Trochę kontrowersyjny, ale pokazuje on brutalność sławy. Nie wpisujesz się w to, czego chcą od ciebie ludzie? Wypadasz. Artystka z przyjemnością pokazuje w klipie, że jest świadoma zainteresowania opinii publicznej jej życiem prywatnym w ostatnich latach. Mam nawet takie wrażenie, że Ariana wciela się w nim w swoje różne ery – np. Dangerous Woman, czy Positions, przy których to oceniający ją w teledysku krytycy, zawsze znajdą powód do skarcenia jej. Piosenkarka ma tego dość i bierze sprawy w swoje ręce, dokonując rzeźni piłą łańcuchową ukracając tym samym wszelkie komentarze publiczności i pokazując wszystkim środkowy palec. Moment z karteczką „you bloom wherever you are planted” (tłum. rozkwitniesz, gdziekolwiek zostaniesz posadzony) odnoszący się do stokrotki – symbolu ery petal jest równie wzruszający. Uważam to za najlepszy utwór z albumu.
Kolejny utwór na albumie to stay, które przy pierwszym odsłuchu było dla mnie pierwszym kandydatem do tzw. skipowania. Z każdym kolejnym odpaleniem albumu piosenka wkręcała mi się jednak coraz bardziej. Podoba mi się ten luz, który artystka dodała do tego numeru, poprzez połączenie R&B ze swoim delikatnym i emocjonalnym wokalem. I tym razem, przekaz jest bardzo dotkliwy i wzruszający – artystka potrzebuje miłości, jednocześnie bojąc się jej utraty. W tekście podkreśla, że przeżyła już taką sytuację i doskonale zdaje sobie sprawę, że chwile, które są piękne mają tendencję do przemijania. Jak twierdzą internauci – odnosić się to może do Maca Millera, który również w 2016 roku wydał piosenkę o takim tytule.
Po mrocznych i melancholijnych utworach hate that i made you love me i petal oraz spokojnym stay, artystka serwuje nam szybsze i żywsze oh well. Ten kawałek jest rozliczeniem się Grande z toksycznymi relacjami, które nie tylko odnoszą się do jej byłych partnerów, ale są również symbolem uzdrowienia jej relacji ze sławą. Przy pierwszym odsłuchu utwór bardzo się dla mnie wyróżniał, jednakże mogło to wynikać z jego pozycji na krążku. Przy kolejnych było już inaczej – raz podobał mi się jeszcze bardziej, a za chwilę przepadał. Finalnie, uważam to za dobry, poprawny popowy numer – podobnie jak stay. Chyba nawet lepszy?
big feelings spokojnie mogłoby znaleźć się na albumie Dangerous Woman z 2016 roku, jednakże nie jestem jego fanem. To kolejny poprawny numer, ale niewyróżniający się dla mnie na tle pozostałych. Jest okej, ale bez szału… no chyba, że tekstowo, bo Ariana otwiera się przed słuchaczem jeszcze bardziej. Śpiewa m.in. o tym, że jej „ci*ka jest słodka” i „seks z nią doprowadzi mężczyznę do płaczu”.
Środkowe utwory to ten moment albumu, w którym piosenki przy pierwszym jego włączeniu zlewają się w jedną całość i brakuje tu jakiejś perełki. freak również odnosi się do tematu miłości, przy której to Ariana jako sławna piosenkarka musi mierzyć się z krytyką swoich wyborów miłosnych, jednocześnie marząc o zaprzestaniu spełniania cudzych oczekiwań. Pomimo ciekawego tekstu, piosenka ta wypada słabiej na tle reszty. freak raczej znalazłby się na dole mojego rankingu i nie jestem przekonany, abym chętnie do niego wrócił.
Przyszedł czas na interludium, czyli krótki minutowy przerywnik albumowy zatytułowany warning signs. Jest to punkt zwrotny na albumie petal. Brzmi jak przejście ze słodkiej i wrażliwej Ariany w jej mocniejszą i pewniejszą siebie wersję. Warto również zwrócić uwagę na warstwę liryczną tego utworu, ponieważ mimo krótkiego czasu trwania, przykuł on szczególnie moją uwagę. Żal piosenkarki zamienia się w krzyk z prośbą o wysłuchanie.
Pierwsze sekundy like i do z chórkiem w tle i mocnym bitem od razu przekonały mnie, że będzie to ciekawa, nieco zmysłowa propozycja na albumie. Piosenka dała mi nawet klimat utworu 7 Rings z 2019 roku. Artystka ponownie odwołuje się w tekście dwojako – zarówno do świata medialnego, w którym odnajduje swoją pewność siebie i jest gotowa na walkę, wiedząc tym samym, że nawet przy hejcie – ludzie są nią zainteresowani, jak i jednocześnie do swojego życia miłosnego, w którym jest gotowa na nowy związek, pokazując swego rodzaju władzę nad mężczyznami. Traktuję to jako jej hymn siły i odbudowy siebie po ciężkich doświadczeniach. Kocham fragment, gdy śpiewa, że „jej ego jest małe, ale nadal jest grande”, odnosząc się do przymiotnika oznaczającego duży/wielki, które porównuje ze swoim nazwiskiem.
Przy never get over me nie wiem co myśleć. Z jednej strony warstwa instrumentalna jest na tyle interesująca, że mam ochotę posłuchać więcej i zagłębić się w utwór bardziej, ale z drugiej strony brakuje mi w nim „tego czegoś”. Refren zdecydowanie jest jego najmocniejszą stroną i zdarza mi się go nawet zanucić, jednakże całościowo jest to nadal średniak albumowy.
Lekkie ożywienie albumu, czyli bad thing (bunny hop) to ponowne przyśpieszenie petal. Nie jest to jednakże ożywienie poprzez mroczny klimat jak like i do, a zdecydowanie pozytywna energia. To lekka piosenka, przy której DOSŁOWNIE chce się skakać. Nazwałbym ją orzeźwiającą propozycją petal z przesterowanymi gitarami. Ponownie nie jest to piosenka odkrywcza, ale brzmi przyjaźnie.
Ostatnia piosenka albumu – nowhere, nobody jest przepięknym utworem, który bardzo polubiłem. Wzruszające zakończenie o tym, że czas na refleksje życiowe, głębsze przemyślenia dotyczące przyszłości i zmagań z trudnościami już minął. Ariana nie chce już walczyć, nie chce mieć już lęków i nie chce czuć presji – chce po prostu żyć… tu i teraz. Mam wrażenie, że może to być też swego rodzaju rozmowa artystki z samą sobą poprzez uświadamianie siebie samej i uspokajanie. nowhere, nobody brzmi jak światełko w tunelu, które wielu z nas myśli, że utraciło. Za serce chwyta dodatkowo fakt, że jest to również ulubieniec albumowy wielu fanów artystki.
Podsumowując, petal to dojrzała płyta, która ma wiele przesłań. Nie jest to może wybitny album, ale jest on na pewno przyjemny do chillowania przy trwającym jeszcze lecie, a zarazem reflektujący przy dłuższym wsłuchiwaniu. Ma on swoje mocne, jak i słabe strony. Brakuje momentami czegoś, czym mógłbym się zaskoczyć, lecz jestem przekonany, że ten album był napisany i wyprodukowany przez Arianę dla niej samej. Ona po prostu potrzebowała petal, aby przypomnieć i udowodnić samej sobie, że jest genialną artystką, która będzie rozkwitała, nie zważając na miejsce, w którym aktualnie (czy życiowo, czy karierowo) się znajduje. Chętnie wrócę do tego krążka, nawet jeśli znajdą się piosenki, które przy słuchaniu całości przewinę. Szczerze, jest to dla mnie nawet ciekawsze wydawnictwo niż eternal sunshine, na którym znajdują się jedne z moich ulubionych piosenek w karierze Grande – supernatural oraz we can’t be friends (wait for your love). petal to ciekawy, a zarazem potrzebny dodatek do jej dyskografii.


